Ekstraklasa

Najbardziej przereklamowani polscy piłkarze. Ranking top 10.

Jakub Jabłoński @kubajablon

Fot: Rafal Oleksiewicz, Getty Images

Tagi

hajp umiejętności fejm

Nie lubię kalek językowych, ale w tym przypadku jest ona wręcz wskazana. Pozwólcie, że posłużę się definicją. Hajp – szum, gwar medialny wokół czegoś, aura sprawiająca, że staje się czymś pożądanym. Takie zjawisko dotyka również polskich piłkarzy. I o nich właśnie będzie ten tekst.

Na wstępie należy zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze ten ranking jest bardzo subiektywny. Po drugie niektórzy z wymienionych w nim zawodników, to naprawdę nieźli piłkarze. Tylko szum medialny wokół nich jest zbyt duży. Pompowanie balonika to nasza narodowa specjalność. Niestety takim „przehajpowaniem” można zawodnikowi wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Niemniej jednak w dobie Social Media i wszechobecnych smartfonów dość łatwo jest stworzyć piłkarzowi odpowiedni wizerunek. W czasach kiedy jakość piłkarska przekłada się na liczbę followersów na Instagramie niektórzy postanowili iść na skróty. To znaczy najpierw zebrać odpowiedni „fejm” w mediach społecznościowych, a potem ewentualnie dołożyć grę w piłkę (choć akurat nie wszyscy).

Najpierw o tych, którzy się w rankingu nie znaleźli, choć byli blisko. Niemal każdy piłkarz z Akademii, który przebija się do składu Legii Warszawa od razu jest na siłę przez media i kibiców wpychany do reprezentacji. Nie inaczej było w przypadku Dominika Furmana i Michała Żyro. Obaj grywali w reprezentacjach młodzieżowych, obu nawet udało się przebić na chwilę do dorosłej kadry. Różnica była po pierwsze w kwocie odstępnego (Furman kosztował Tuluzę prawie 3 miliony euro, podczas gdy Żyro odchodził do Anglii za pół miliona) i w pomyśle na swoją dalszą karierę. Obecny zawodnik Wisły Płock dość szybko okazał się za słaby na Ligue 1 i po odbiciu się jeszcze pod drodze od Serie A wrócił do Polski, a konkretnie do zespołu Nafciarzy. Jasne, jest tam czołowym zawodnikiem, ale jakoś nie mówi się już o nim w kontekście kadry. Z kolei Żyro nadal tuła się po niższych ligach angielskich, zdarza mu się notować nawet dobre i bardzo dobre występy. Ale traktowany jest raczej jako solidny wyrobnik, a nie gwiazda na jaką się zapowiadał.

Jako olbrzymie talenty jawili się również byli zawodnicy Ruchu Chorzów. Patryk Lipski i Filip Starzyński. Obaj w zespole Niebieskich zbierali świetne recenzje i obaj z Górnego Śląska wyjechali. Starszy z nich pojechał podbijać Belgię, młodszy długo nie mógł znaleźć klubu, aż w końcu wylądował w Lechii Gdańsk. Starzyński w Lokeren zawiódł na całej linii i już po pół roku wrócił do Polski – konkretnie do Lubina, gdzie występuje do dziś. Owszem, jako zawodnik Zagłębia pojechał nawet z reprezentacją Polski na Euro 2016, ale odegrał tam marginalną rolę i wydaje się, że to był jego szczyt możliwości. W Ruchu zapowiadał się świetnie, dzisiaj już niewiele z tej świetności zostało. Z kolei Lipski to wieczny talent pomimo tego, że ma już 24 lata, czyli powinien zacząć stanowić o sile Biało – Zielonych. Tak się niestety nie dzieje. W poprzednim sezonie czegoś zawsze brakowało (jak wszystkim piłkarzom Lechii), bieżące rozgrywki zaczął przeciętnie, ale od meczu z Miedzią coś drgnęło. Nie jest to jednak poziom, który prezentował w Ruchu, a przecież wszyscy oczekiwali, że się nawet rozwinie.

A teraz przyszedł czas na zestawienie dziesięciu najbardziej, moim zdaniem, „przehajpowanych” piłkarzy w Polsce. Podkreślę jeszcze raz, że to w większości są nieźli zawodnicy. Ale szum wokół nich zdecydowanie jednak przewyższa umiejętności.

10. Przemysław Frankowski – całkiem solidny, ligowy skrzydłowy. Może liczby notuje nie za duże, ale nikt nie powie o nim, że jest złym piłkarzem. Tylko czegoś mu brakuje, żeby wskoczyć na wyższy poziom. Moim zdaniem problemem jest Jagiellonia. Michał Pazdan, Maciej Gajos, Dani Quintana, Kamil Grosicki, Jacek Góralski. To tylko kilka przykładów zawodników, którzy w Białymstoku pokazali dobrą formę i bardzo szybko zmienili kluby. Prawidłowość jest taka, że jak jesteś naprawdę dobry, to długo w Jagiellonii nie grasz. Od jakiegoś czasu mówi się o zainteresowaniu Frankowskim klubów zagranicznych i chyba czas najwyższy, żeby ten piłkarz spróbował walki o inne cele niż gra w Ekstraklasie. Przed mistrzostwami świata dziennikarze (zwłaszcza Przeglądu Sportowego) dość mocno naciskali trenera Nawałkę żeby powołał „Franka” do kadry jadącej do Rosji. Tyle, że sam zawodnik nie selekcjonerowi żadnych podstaw. Niespecjalnie nawet wyróżniał się w lidze, rok wcześniej zawiódł (jak cała reprezentacja) na młodzieżowym Euro, dlaczego więc miałby jechać jako pełnoprawny reprezentant na najważniejszą imprezę piłkarską świata?

9. Michał Kopczyński – kolejny wychowanek Legii, o którym dzisiaj piszę. Jak każdy młody zawodnik, który pukał do pierwszego składu zespołu ze stolicy miał od razu zagwarantowany odpowiedni szum medialny wokół siebie. Tyle, że póki co na szumie się skończyło. Kopczyński okazał się na zespół mistrza Polski za słaby i dziś próbuje swoich sił w lidze australijskiej.

8. Krystian Bielik – ileż to razy słyszeliśmy, że ten zawodnik już na pewno będzie podstawowym zawodnikiem Arsenalu? Arsene Wenger kilka razy włączał go do treningów z pierwszym zespołem Kanonierów. Zawsze jednak kończyło się to wypożyczeniem do niższej ligi, by tam Bielik mógł się ogrywać. Znane są przykłady zawodników, którzy przeszli podobną drogę (najbardziej jaskrawym jest Harry Kane), ale póki co nie wygląda na to, żeby Bielik miał pójść w jego ślady.

7. Michał Pazdan – po Euro 2016 zbierał bardzo pochlebne opinie. Dorobił się nawet przydomka „Minister Obrony Narodowej”. Tylko za bardzo nie wiadomo dlaczego. Wprawdzie jego występ na turnieju we Francji przekroczył wszelkie oczekiwania, ale umówmy się, że poprzeczki nie miał zawieszonej zbyt wysoko. Za swoją poprawną grę został obwołany w Polsce następcą Władysława Żmudy. Tymczasem Pazdan od kilku lat bezskutecznie próbuje z Legii odejść za granicę i sztuka ta się nie udaje, a przecież choćby gorzej oceniany od niego Igor Lewczuk bez problemu znalazł pracodawcę we Francji.

6. Maciej Makuszewski – kolejny piłkarz wciskany do kadry Polski przez kibiców i dziennikarzy. Tymczasem skrzydłowy Lecha ma przynajmniej dwie wady. Po pierwsze nie dał sobie rady w lidze portugalskiej, a po drugie jest bardzo podatny na kontuzje. Zwłaszcza ta druga cecha wyhamowała jego karierę. W poprzednim sezonie Makuszewski zaliczył pięć goli i tyleż samo asyst w 21 meczach Lotto Ekstraklasy. To trochę mało. Doświadczenie uczy, że jeśli zawodnik ofensywny chce zaistnieć w reprezentacji, to powinien przynajmniej w jednej z tych statystyk zanotować wynik dwucyfrowy. Inni się po prostu nie sprawdzają.

5. Rafał Wolski – kolejny bardzo kontuzjogenny zawodnik. Jego kariera się właściwie zatrzymała przez dwa urazy, których doznał w bardzo krótkim czasie. Pomiędzy nimi doszło jeszcze do konfliktu z klubem i niesnasek z kibicami. Wolski najpierw chciał odejść do Legii, a gdy to się nie udało okazywał swoje niezadowolenie zarówno fanom, jak i kolegom z zespołu. Przez swoje konflikty nie przepracował z drużyną okresu przygotowawczego i stracił właściwie pół sezonu, bo szybko złapał kontuzję. Na dziś nie wiadomo czy, kiedy i w jakiej dyspozycji wróci na boisko. A szkoda, bo był to piłkarz z potencjałem nawet na grę w reprezentacji Polski.

4. Miłosz Przybecki – jeden z najszybszych polskich piłkarzy. Problem w tym, że poza szybkością niespecjalnie dysponuje jakimiś innymi czysto piłkarskimi atutami. Wielu kibiców do dzisiaj pamięta, jak nie trafił do pustej bramki po minięciu bramkarza rywali. Kiedy podpisywał kontrakt z Chojniczanką jej kibice byli zadowoleni z tego transferu twierdząc, że to bardzo dobry piłkarz. To właśnie pokazuje jak bardzo dobrą opinię ma ten zawodnik, choć właściwie nie wiadomo dlaczego. Skrzydłowy, który przez całą swoją dotychczasową karierę strzelił 16 bramek i zaliczył 21 asyst niemal połowę tych statystyk notując na boiskach pierwszoligowych? Nie są to imponujące statystyki, a jednak Przybecki nie dość, że bez większych problemów znajduje w Polsce pracodawców, to jeszcze kibice klubów, do których przychodzi cieszą się z tego, że będą mieć tego zawodnika w kadrze.

3. Bartłomiej Drągowski - „Polska bramkarzami stoi”. Drągowski miał być kolejnym zawodnikiem, który potwierdzi tę tezę. Póki co, nic takiego się nie wydarzyło. W Ekstraklasie poza kilkoma niezłymi interwencjami zapamiętany zostanie również z tego, że gmerał palcem w tyłku rywala i udawał, że został trafiony zapalniczką, która leciała dwa metry od niego. We Włoszech nawet to mu się nie udało, bo po prostu na boisko w Serie A niemal nie wychodzi. A jeśli już to popełnia błędy. W sumie w najwyższe klasie rozgrywkowej we Włoszech zanotował do tej pory 6 występów, w których puścił 13 bramek. Biorąc pod uwagę, że Viola nie jest drużyną końca tabeli, to były zawodnik Jagiellonii nie ma się czym chwalić.

2. Szymon Żurkowski – dla niektórych będzie to kandydatura kontrowersyjna, bo ten pomocnik jest w Zabrzu odbierany jako kolejna inkarnacja Włodzimierza Lubańskiego. Fakty są jednak takie, że po udanym poprzednim sezonie z Górnika odchodzili inni – w mojej ocenie lepsi – piłkarze, a Żurkowski został. Nie twierdzę, że to jest zły piłkarz. Jest silny, wydolny, ma drybling, strzał i podanie. Ale zdradza symptomy zagłaskania. Tak naprawdę miał jeden bardzo dobry sezon w karierze na poziomie Lotto Ekstraklasy. W tym sezonie w lidze miał jeden świetny mecz. Poza tym bardzo przeciętnie. To jest materiał na etatowego pomocnika reprezentacji Polski. Ale jeszcze nie teraz. I pewnie nie jako zawodnik zabrzańskiego klubu. Jeśli chce potwierdzić, że zasłużył na opinie niektórych dziennikarzy i internautów, to musi z Zabrza wyjechać i zacząć grać w mocnej lidze i zbierać takie recenzje jak choćby Karol Linetty, Piotr Zieliński czy momentami Grzegorz Krychowiak, bądź Mateusz Klich. Jeśli tego nie zrobi pozostanie kolejnym niespełnionym talentem.

1. Sebastian Szymański – wielu dziennikarzy i kibiców wbrew logice twierdziło, że ten zawodnik nie dość, że powinien pojechać na Mundial do Rosji, to jeszcze powinien grać w pierwszym składzie. Przyznam szczerze, że ja nie widziałem podstaw do takiego myślenia. Na pytania o jakieś argumenty podawano mi przykład Mbappe, który poprowadził Francję w Rosji do tytułu. To, że kibicom piłkarskim logika nie przeszkadza jest normalne. Ale podobnymi tekstami popisywali się również niektórzy eksperci. Porównajmy więc. Szymański – 35 spotkań w Ekstraklasie, 5 bramek, 2 asysty. Mbappe – 70 gier w Ligue 1, 32 gole i 20 asyst. Widać różnicę? Abstrahując od tego, że liga francuska jest mocniejsza od polskiej to przewaga skuteczności i doświadczenia Francuza jest przytłaczająca. Skala jego talentu również. Mbappe do PSG przychodził za 180 milionów Euro. Za Szymańskiego CSKA Moskwa nie chce dać siedmiu. I znów, jak w przypadku Żurkowskiego, trzeba powiedzieć, że to jest naprawdę niezły zawodnik. Przebojowy, mający niezły strzał, sporo widzący, niebojący się trudnych rozwiązań. Tylko jeśli chce się być uznanym za dobrego piłkarza trzeba to potwierdzać z rywalami mocniejszymi niż Korona czy Lechia. Czego wszystkim piłkarzom z niniejszej listy życzę.


Jakub Jabłoński

@kubajablon

Od dziecka zakochany w samochodach i piłce nożnej. Największy fan talentu Piotra Wiśniewskiego. Spełniam właśnie dziecięce marzenie i piszę o piłce

Komentarze