Piłka nożna

Letnia Pedagogika Wstydu

Piotr Dutka @PietroDutka

Fot: PAP, PAP

Tagi

Wielkimi krokami na zawodowe boiska wkracza piłkarska jesień. Być może dla polskich zespołów będzie ona łaskawsza od jej poprzedniczki, która bardzo boleśnie zweryfikowała poziom naszej ligi oraz reprezentacji. Dlaczego w obecnej chwili polska piłka przeżywa tak ciężki okres? Co poszło nie tak i dlaczego nikt nie wyciągnął wniosków z poprzednich lat.

Wielkie nadzieje, grupa, która pozwalała realnie myśleć o łatwym i przyjemnym awansie do fazy pucharowej. Co było w stanie skuteczniej rozbudzić apetyt pospolitego polskiego kibica? Zwycięstwo 4:0 z Litwą spowodowało lawinę komentarzy oraz deklaracji brzmiących bardzo interesująco, a zarazem powodujących lekkie podniecenie. "Medal Mistrzostw Świata jest w naszym zasięgu". Wcześniejsze kiepskie spotkania m.im z Meksykiem czy Nigerią zostały odrzucone w kąt w związku z "wielką" viktorią nad Litwinami. Fakt ten pokazuje jak brutalnie życie potraktowało nas kibiców polskiej kadry, którzy żywili nadzieję na dobry wynik na rosyjskich boiskach. Pierwsze spotkanie z Senegalem zobrazowało wszystkie błędy, które zostały popełnione przez sztab kadry, ale również samych zawodników. Polacy grali bez przekonania, jakby drużyna została losowo sklecona na lekcji W-F. Karygodna postawa bloku defensywnego do spółki z Wojciechem Szczęsnym doprowadziła do prawdziwej tragedii. Niemożność nawiązania fizycznej walki z piłkarzami z Afryki była aż nadto widoczna. Aspekt fizyczny nie był jedynym dzięki któremu Senegal pokonał naszą kadrę. ,,Negatywna" pewność siebie, również odcisnęła piętno na postawie "Biało-Czerwonych". Lekceważące podejście w stosunku do rywali odbiło się reprezentacji czkawką. Wejście na kolejny szczebel w rankingu FIFA dał nam fałszywy pogląd naszej kadry. Bardziej poprawne a na pewno lepiej oddające realia naszej drużyny narodowej byłoby określenie ,,zbiór piłkarzy". Wszyscy myśleli, że w związku z awansem czysto sportowym, Polska zacznie grać porównywalnie do Hiszpanii czy Francji. Reprezentacja Kolumbii storpedowała wszystkie argumenty, tych którzy sądzili, że Piotr Zieliński, Kamil Grosicki oraz Robert Lewandowski mogą w kadrze tworzyć swojego rodzaju super trio. Łatwe, szybkie i przyjemne wypunktowanie naszej ,,dumy narodowej", przez krajanów Pablo Escobara uświadomiło wszystkim piłkarskim sympatykom, jak mocno zakłamany obraz naszej drużyny narodowej odbieraliśmy przez kilka ostatnich miesięcy. Na dokładkę otrzymaliśmy istny festiwal żenady w spotkaniu z Japonią. Wygrana zawsze cieszy. Honor, który dla nas Polaków jest jedną z najważniejszych cnót został zachowany. Połowicznie. Styl zwycięstwa, męki które przeżywali kibice zgromadzeni na arenie w Wołgogradzie ale także przed telewizorami były wystarczające by określić to spotkanie mianem beznadziejnego. Zasłużony przedwczesny powrót do domu i zafundowanie kibicom tony materiałów kiepskiej gry do analizy, to jedyne na co było stać naszą kadrę. Nie bójmy się zapytać.  Gdzie była nasza kadra z Euro 2016? Gdzie zniknęli piłkarze, którzy walczyli o każdy metr boiska. Którzy swoja grą ale przede wszystkim zaangażowaniem zaskarbili sobie sympatię wielu kibiców.

Po pierwsze brak regularnej gry kilku podstawowych piłkarzy w układance taktycznej Adama Nawałki. Sytuacja Kamila Grosickiego oraz Jakuba Błaszczykowskiego idealnie obrazuje ten właśnie problem. Dwaj zawodnicy, którzy dali naszej kadrze wiele dobrego przed Mistrzostwami Świata, stracili grunt pod nogami w ligowej rzeczywistości. O ile sytuacja Kuby wyglądała podobnie również przez francuskim Euro o tyle Kamil Grosicki nie miał aż tak nieregularnego sezonu jak na przełomie 2017/2018. Znaczący jest również brak wartościowych zmienników formacji obronnej oraz roszady taktyczne. Nerwowe poszukiwania piłkarza mogącego uzupełnić blok defensywny jasno i wyraźnie obrazują smutną rzeczywistość wokół naszej kadry. Czarę goryczy przelała niefortunna kontuzja barku Kamila Glika, która udowodniła, że ,,Misja Rosja" była z góry skazana na porażkę. Oczywiście rozpatrywanie tej sprawy w ten sposób to żart, ale nie śmieszy on tak bardzo jak nędzna imitacja gry w piłkę w wykonaniu naszej reprezentacji. 

Po tragicznym i pełnym melancholii czerwcu przyszedł czas na dwa miesiące europejskiej przygody naszych ligowców. Do walki o puchary, wielkie pieniądze, prestiż oraz uznanie w oczach kibiców stanęły, Legia, Lech, Jagiellonia oraz Górnik Zabrze. Doborowa ekipa z której przynajmniej dwie drużyny miały umilić polskim kibicom jesienną pluchę. Jak już wiemy, życie oraz rywale z Europy zweryfikowały naszych ligowców. O ile od Górnika Zabrze, będącego zespołem młodym oraz niedoświadczonym, zbyt wiele nie wymagano o tyle od pozostałych ekip oczekiwano przyzwoitych wyników. W dwumeczu z faworyzowanym Rio Ave, Jagiellonia pokazała namiastkę efektywnej jak i efektownej gry. Zwycięstwo na własnym stadionie 1:0 oraz remis 4:4 rozbudziły apetyty kibiców "Jagi". Dobra postawa w dwumeczu z Portugalczykami była widoczna również w spotkaniu z KAA Gent. Jednak boiskowa ambicja nie wystarczyła by awansować do kolejnej fazy. Były momenty dobrej gry, jednak na arenie europejskiej chwilowe przebłyski nie gwarantują zwycięstw a przed wszystkim obecności w fazie grupowej. Lech również powielił opinię, że do belgijskich drużyn brakuje nam kilka lat świetlnych. Przemyślane decyzje, świetna szkółka piłkarska, ambitny prezes Peter Croonen, który chce nawiązać walkę z europejską elitą to jedne z wielu aspektów, które przemawiały na korzyść drużyny z Limburgii. Lech przeciwko tym argumentom mógł wystawić jedynie charyzmatycznego trenera, który w Poznaniu uznawany jest za jedną z lokalnych sportowych legend. To zdecydowanie za mało. Jedyne co może łączyć oba zespoły to filozofia, która jest wprowadzana w życie w obu klubach. Młodzież zarówno dla Genku jak i Lecha stanowi najwyższą wartość. Jest swojego rodzaju towarem eksportowym. Kevin De Bruyne, Wilfried Ndidi, Leon Bailey to tylko nieliczni piłkarze, którzy zostali uformowani przez ekipę "Smerfów". Jest kogo naśladować i czerpać wzorce.

 Legia Warszawa to najlepszy klub, kto nie wierzy to... Dudelange. Legia udowodniła, że nadal jest piłkarskim placem budowy. Placem budowy, na którym ekscentryczny ale również lekko egoistyczny właściciel wstrzymał pracę bo nie wie co dokładnie chce zbudować. W chwili gdy każdy sympatyk polskiego footballu sądził, że czasy porażek z "ogórkami" to melodia przeszłości, Legia przegrywa z Spartakiem Trnava a później dostaje oklep od ekipy z LUKSEMBURGA. Degrengolada to jedyne słowo, które idealnie odzwierciedla realia panujące wewnątrz klubu. Smutne jest to, że teoretycznie najlepsza polska drużyna przegrywa z ekipami z piłkarskich peryferii. Na taką a nie inną sytuacje złożyło się wiele czynników. Od słabego zarządzania, przez protekcjonalne traktowanie piłkarzy, aż do lekceważenia przeciwników. Zawyżanie własnej wartości zgubiło Legię. Wszyscy wewnątrz klubu przekonani o swojej świetności oraz wielkim potencjale, zlekceważyli ostrzeżenia w postaci porażki w Superpucharze Polski z Arką. Przez te zaniechania oraz brak uwagi, konsekwencje są takie a nie inne. Brak fazy grupowej jakichkolwiek europejskich rozgrywek to obecne realia klubu z Warszawy. Roszady trenerskie, które powodują jedynie uśmiech na twarzach internetowych "hejterów" to znak rozpoznawalny klubu z Ł3. Jedyną skuteczną receptą na marazm oraz tragiczną postawę "Wojskowych" to zmiana podejścia. Ważna będzie również cierpliwość oraz umiejętność wyciągania wniosków. Czy należy szukać lepszych przykładów z których Legia może czerpać naukę, niż ubiegłoroczny blamaż z Sherifem Tyraspol czy klęska naszej kadry w Rosji? Na to pytanie musi odpowiedzieć sobie sam prezes Dariusz Mioduski. Czy będzie miał okazję zbudować silną Legię? To zależy tylko i wyłącznie od niego i jego przyszłych decyzji, nie tylko personalnych. 


Piotr Dutka

@PietroDutka

Kibic Manchesteru United z bardzo długim stażem mający wielką słabość do włoskiej Serie A oraz Ligue 1. Rodzima liga nie jest mi obca, w niej moje serce bije dla Sandecji Nowy Sącz.

Komentarze