Ekstraklasa

Korona strzelała, Lechia zdobywała bramki.

Jakub Jabłoński @kubajablon

Fot: meczyki.pl, meczyki.pl

Tagi

Lechia Korona Gino Lettieri Piotr Stokowiec Mateusz Sopoćko

W ciepły wieczór 31 sierpnia 2018 roku niepokonany do tej pory lider Lotto Ekstraklasy podejmował Koronę Kielce. Wielu mówiło, że miał to być rewanż za mecz tych drużyn z poprzedniego sezonu, który kielczanie wygrali aż pięcioma bramkami (a mogli wyżej, bo Dusan Kuciak obronił jeszcze rzut karny). Sami piłkarze podchodzili do tego bardziej ostrożnie, ale pewne napięcie, zwłaszcza wśród Biało – Zielonych dało się wyczuć.

Obaj trenerzy zaskoczyli składami. Podczas czwartkowego treningu drobnego urazu doznał Jarosław Kubicki, który wcześniej grał wszystkie mecze od początku do końca. Wielu spodziewało się, że byłego gracza Zagłębia Lubin zastąpi w składzie doświadczony Ariel Borysiuk. Tak się jednak nie stało. Po raz pierwszy od początku meczu zagrał młody Mateusz Sopoćko. Ponadto na trybunach usiedli Artur Sobiech i Mateusz Lewandowski, a do składu, choć tylko na ławkę wrócił Joao Nunes. Z kolei w Koronie spotkanie na ławce zaczęli Możdżeń i Górski, a od pierwszej minuty na boisku pojawił się Felicio Brown Forbes, który do tej pory po boiskach Ekstraklasy biegał przez 58 minut.

Początek spotkania sugerował, że będzie to typowy mecz walki. Dużo gry w środku pola, sporo chaosu. Aktywny był zwłaszcza Elia Soriano, z którym kłopoty mieli Nalepa i Vitoria. Widoczny był brak wspomnianego Kubickiego. Jedynym defensywnym pomocnikiem był Daniel Łukasik i w początkowej fazie meczu musiał się nieco do nowej roli przyzwyczaić. Skutek był taki, że w pierwszym kwadransie on i Sopoćko zanotowali kilka groźnych strat, ale z czasem ich gra wyglądała coraz lepiej.

Pierwsze groźnie wyglądające akcje w tym meczu przeprowadziła Lechia. Najpierw Lukas Haraslin przepuścił piłkę między nogami Malarczyka i zszedł ze skrzydła do środka, ale jego podanie w ostatniej chwili wybili obrońcy. Minutę później piłka znalazła się na skrzydle u Michała Maka, który wbiegł z nią w pole karne i chciał podać do nadbiegającego Flavio. W ostatniej chwili zdołał interweniować wślizgiem Malarczyk i portugalskiemu napastnikowi Lechii nie udało się oddać celnego strzału na bramkę. Na odpowiedź Korony nie trzeba było długo czekać. Po składnej akcji dwa razy z obrębu pola karnego strzelał Zlatko Janjic, ale oba jego strzały zostały zablokowane przez stoperów Lechii.

W 22 minucie sędzia dopatrzył się faulu Filipa Mladenovica na Gardawskim, po którym kolejną swoją szansę miała Korona. Z rzutu wolnego dośrodkowywał Łukasz Kosakiewicz, a głową strzelał Diaw, ale piłka przeleciała minimalnie nad poprzeczką. Minutę później mieliśmy już zagrożenie pod bramką Korony. Znów dobrze na skrzydle zachował się Mak, który dośrodkowywał do Flavio. Sędzia uznał, że Portugalczyk był faulowany w polu karnym. W rzeczywistości Malarczyk lekko ściągał napastnika Lechii, ale czy na tyle, żeby doprowadzić do jego upadku? Wiele osób ma wątpliwości, ale VAR nie interweniował. Rzut karny na bramkę zamienił sam poszkodowany i dał prowadzenie w tym meczu Lechii, która chyba poczuła wiatr w żaglach, bo poszła za ciosem i miała jeszcze dwie doskonałe okazje do podwyższenia rezultatu. Jednak w końcowej fazie tych akcji zawsze czegoś brakowało. Najpierw po sprytnie rozegranym rzucie wolnym w dobrej sytuacji w piłkę nie trafił Lukas Haraslin, chwilę później Flavio ograł na skrzydle Diawa, wpadł z piłką w pole karne, ale zamiast podawać do wbiegającego na wprost bramki Lipskiego próbował podać na dalszy słupek do Haraslina i piłkę zdążyli przejąć obrońcy. Moment przewagi Lechii przyniósł zatem jedynie żółtą kartkę dla Kovacevicia, którego Sopoćko ograł na tyle łatwo, że dopiero drugi faul gracza Korony przyniósł przerwanie akcji.

Kielczanie do gry wrócili pod koniec pierwszej połowy. Najpierw Rymaniak uderzał z 17 metrów lewą nogą, ale piłka po rykoszecie przeleciała nad bramką, a w ostatniej minucie pierwszej części gry mieliśmy popis Dusana Kuciaka. Najlepszy bramkarz tego sezonu Lotto Ekstraklasy (najwięcej obronionych strzałów, najwyższa skuteczność obron) najpierw odbił strzał Brown Forbesa z 16 metrów, potem z trudem poradził sobie z dobitką, by wreszcie złapać piłkę tuż nad głową Forbesa, który już składał się do strzału. Właśnie wtedy sędzia zakończył pierwszą część spotkania, a piłkarzy schodzących do szatni żegnało nazwisko słowackiego bramkarza Lechii skandowane z trybun stadionu Energa Gdańsk.

Statystyki pierwszej połowy wskazywały na to, że to Korona była drużyną lepszą. Miała piłkę częściej, strzelała więcej i celniej. Niemniej jednak stworzyła sobie właściwie tylko jedną klarowną sytuację do strzelenia gola i to w ostatniej minucie meczu. Lechia też nie błyszczała, bo zawsze czegoś brakowało do tego, żeby oddać dobre uderzenie. Jedyny celny strzał Biało – Zielonych, to ten z karnego. Dobrze tę pierwszą połowę podsumował Wojciech Jagoda z Canal+ mówiąc, że „Lechia nie gra na akcje. Lechia gra na punkty, a wynik im się po pierwszej połowie zgadza”.

Szkoleniowiec Kielczan zareagował na wydarzenia na boisku już w przerwie wprowadzając na boisko Mateja Pucko w miejsce bezproduktywnego Brown Forbesa i trzeba przyznać, że była to bardzo dobra zmiana. Słowak od początku drugiej części gry był bardzo aktywny, sporo kłopotów sprawiał najpierw Mladenovicowi, a potem Chrzanowskiemu. Aż dziw brał, że ten zawodnik rozegrał do tej pory zaledwie 24 minuty w Lotto Ekstraklasie. To właśnie Pucko oddał pierwszy groźny strzał w drugiej połowie, kiedy uderzał z woleja z 13 metrów, ale trafił wprost w Kuciaka.

Początek drugiej części spotkania był jeszcze cięższy do oglądania, niż początek pierwszej. Gra była często przerywana faulami, sędzia pokazywał sporo kartek, choć gwizdka używał dość losowo. Dyktował rzuty wolne za faule, których nie było, a puszczał grę w przypadku ewidentnych przewinień. Prawidłowo zareagował dopiero w 59 minucie karząc żółtym kartonikiem Michała Nalepę za przerwanie kontry Korony. W tej części gry nieco lepiej wyglądali zawodnicy Złocisto – Krwistych, ale udało im się przeprowadzić zaledwie jedną groźną kontrę, kiedy wychodzili we dwóch na trzech obrońców Lechii, ale Zlatko Janjic zmarnował tę kontrę złym podaniem.

W 69 minucie Lechia przeprowadziła wzorową kontrę. Najpierw Patryk Lipski podał do Mateusza Sopoćki, ten świetnym kierunkowym przyjęciem minął Jakuba Żubrowskiego i podał do wprowadzonego chwilę wcześniej Jakuba Araka. Napastnik Lechii znalazł się w nietypowym dla siebie miejscu boiska, bo na lewym skrzydle, ale nie przeszkodziło mu zauważyć wbiegającego w pole karne Flavio Paixao. Piłkę podał między nogami Diawa, a portugalski napastnik takich sytuacji nie zwykł marnować. Z pięciu metrów zmieścił piłkę w siatce i było wiadome, że Lechia tego meczu nie przegra. Zwłaszcza, że chwilę później znakomitą indywidualną akcję przeprowadził Lipski, który przyjęciem piłki całkowicie wyprowadził w pole Diawa, ale jego strzał z pola karnego obronił Hamrol.

Do końca meczu niewiele się już w sumie działo poza licznymi faulami i kilkoma żółtymi kartkami. W doliczonym czasie gry po pyskówce pomiędzy arbitrem spotkania, a szkoleniowcem Lechii, który skrytykował sędziowanie w tym meczu Korona miała jeszcze ostatnią szansę na zdobycie gola, ale strzał głową Diawa po dośrodkowaniu z rzutu wolnego znowu był niecelny.

Gdyby spojrzeć na suche liczby, to można odnieść wrażenie, że zespołem lepszym w tym spotkaniu była Korona. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że aż 6 strzałów zawodników z Kielc zostało zablokowanych przez obrońców Lechii. W sumie kielczanie nie stworzyli sobie zbyt wielu klarownych sytuacji, ale zawodnicy lidera Ekstraklasy właściwie też nie. Różnica jest taka, że Lechia swoje akcje bezlitośnie wykańczała, a w swojej bramce miała Dusana Kuciaka, którego pokonać w tym sezonie jest niezwykle trudno. Kogo poza bramkarzem Biało – Zielonych można wyróżnić za to spotkanie? Na pewno trzeba zwrócić uwagę na młodego Sopoćkę, który z każdą minutą rozkręcał się coraz bardziej, a jego rozprowadzenie bramkowej kontry było wręcz wzorowe. W Koronie najbardziej wyróżniali się wspomniani już Pucko i Soriano. Ten pierwszy robił niesamowity wiatr na skrzydle, ten drugi na długo zostanie zapamiętany przez stoperów Lechii za jego tytaniczną wręcz pracę fizyczną. Lechia wygrała kolejne spotkanie i przedłużyła swoją serię meczów bez porażki. Korona jednak nie ma się czego wstydzić i w takiej dyspozycji z pewnością napsuje krwi jeszcze niejednemu faworytowi. Zwłaszcza, że ich trener stosuje ciekawą taktykę płynnie przechodząc z gry trójką na czwórkę w obronie. Widać to było doskonale podczas tego meczu, że te zmiany ustawienia powodują dość spore zamieszanie w szeregach rywali. Wygląda to ciekawie i jeśli dojdzie do tego skuteczność z przodu, to kielczanie znów mogą znaleźć się w górnej ósemce na koniec sezonu.


Jakub Jabłoński

@kubajablon

Od dziecka zakochany w samochodach i piłce nożnej. Największy fan talentu Piotra Wiśniewskiego. Spełniam właśnie dziecięce marzenie i piszę o piłce

Komentarze