Ekstraklasa

Hit przez duże H, czyli mecz Legii z Wisłą

Dawid Paluch @PawidDaluch

Fot: anthrax1984r, Standardowa licencja youtube

Tagi

Legia Warszawa Wisła Kraków Ekstraklasa Carlitos Jesus Imaz Dominik Nagy

Remisem zakończyło się hitowe starcie polskiej Ekstraklasy pomiędzy Legią Warszawa, a Wisłą Kraków. Pierwsza połowa należała do legionistów. Po zmianie stron to Wisła była zespołem dominującym. W tym spotkaniu było wszystko: piękne bramki, ostra walka, brzydkie faule, i wysoki wynik. Ostatecznie remis powinien zadowolić obie ekipy.

Parafrazując słowa piosenki Quorum: Ach, co to był za mecz... Hity bardzo często zawodzą. Mecz na szczycie? Ech, lepiej obejrzeć jakąś Wisłę Płock z Piastem Gliwice. Przynajmniej będzie rąbanka, nie? Nie tym razem. Wisła pokazała, że trzeba się z nią liczyć w walce o europejskie puchary. Legia natomiast pokazała, że ciągle ma wiele mankamentów, nad którymi musi pracować.

45 minut wojskowej pieśni

Pierwsza połowa to absolutna dominacja Legii. Spotkanie rozpoczęło się od trzęsienia ziemi. Dominik Nagy dostał podanie od Kucharczyka i głową skierował piłkę do bramki. Futbolówka odbiła się jeszcze od słupka, a bezradny Lis tylko obserwował, jak jego drużyna traci bramkę. Po 23.minutach Legia prowadziła 2:0. Tym razem to Nagy dogrywał, a Carlitos uderzył między nogami Lisa.

Reszta pierwszej połowy to głównie kopanina i brzydkie faule. Arbiter Frankowski często przerywał grę, bo raz za razem zawodnicy obu drużyn nie przebierali w środkach i kopali ostro po kostkach.

Wypada wspomnieć o pierwszej połowie Wisły. Krakowianie stracili dwie bramki i to tyle, jeśli chodzi o ich występ. Obrona nie radziła sobie z dynamicznym Nagym, a Carlitos czarował, niczym przed rokiem w Wiśle. Ofensywa z Małopolski nie istniała. Wystarczy przypomnieć dwie statystyki. Wiślacy oddali 1 strzał. Niecelny.

Zmiana stron, zmianą obrazu

Druga połowa to zupełnie inna bajka. Wisła wyszła zmobilizowana, by odrobić straty. Goście od pierwszego gwizdka w drugiej części zaatakowali bramkę strzeżoną przez Arkadiusza Malarza. Już pierwsze minuty pokazały, że w tym meczu mogą ciągle być emocje.

Legia na pewno chciałaby zapomnieć 5 minut z tej połowy. Od 57.minuty do 62. gospodarze stracili 3 bramki i zapachniało tutaj meczem Wisły z Poznania. Tam też Lech prowadził 2:0, a późnie stracił 5 goli.

Strzelanie zaczął Imaz. Boguski dostał piłkę na granicy pola karnego, próbował zagrać do Ondraszka, ale został zablokowany. Wyczekał więc i puścił futbolówkę na wolne pole do Hiszpana. Ten bez problemów skierował piłkę do bramki.

Nie minęła nawet minuta, a goście doprowadzili do remisu. Kort odnalazł Kostala, a Słowak popisał się pięknym uderzeniem, pokonując bezradnego Malarza.

Na kolejną bramkę czekaliśmy cztery minuty. Kostal zagrał na wolne pole do Imaza. Hiszpański skrzydłowy wygrał sprinterski pojedynek z Jędrzejczykiem i w sytuacji sam na sam pokonał golkipera Legii.

Kolejne minuty to przede wszystkim liczne żółte kartki i zmiany personalne. Wisła miała kolejne okazje, ale Legia nie pozostawała jej dłużna.

Gospodarze zdołali ostatecznie doprowadzić do remisu. Walnie do tego przyczynił się Vullnet Basha. Defensywny pomocnik miał przed sobą piłkę, która go przelobowała. Futbolówkę przejął Pasquato i zagrał do Carlitosa. Ten popisał się doskonałym uderzeniem z dystansu. Kolejny raz Mateusz Lis musiał wyciągać piłkę z siatki.

Wisła mogła jeszcze wyjść na prowadzenie. Wojtkowski przejął piłkę i zagrał na wolne pole do Ondraszka. Rosły napastnik uderzył bez przyjęcia, ale przestrzelił. Chwilę później arbiter zakończył spotkanie.

Sprawiedliwy podział punktów

Ten mecz absolutnie mógł się podobać. Obie drużyny pokazały, że stać je na efektowną grę. Legia zdominowała pierwszą połowę, Wisła drugą. Ostateczny podział punktów wydaje się najbardziej sprawiedliwym werdyktem. Na czele tabeli pozostaje Jagiellonia, Lechia i Legia tracą po punkcie, a Wisła dwa. Wygląda na to, że liga będzie ciekawsza ;)


Dawid Paluch

@PawidDaluch

Wykształcony jako dziennikarz, na życie zarabia jako copywriter. Uwielbia pisać i kłócić się z innymi. Teraz we Wrocławiu, w przyszłości we Włoszech.

Komentarze