La Liga

Susza po Zidanie: co dalej z Los Blancos?

Hubert Duplaga @DuplagaHubert

Fot: Daniel Schroeder, CC 2.5

Tagi

Przed 20. kolejką ligi hiszpańskiej, Barcelona plasuje się na pierwszym miejscu, mając pięć oczek przewagi nad Los Colchoneros. Pomimo dobrej postawy Atletico, jak zwykle to Real wzbudza największe zainteresowanie. Czy zespół Santiago Solariego jest w stanie odrobić dziesięciopunktową stratę i walczyć o mistrzostwo Hiszpanii? Sytuacja Królewskich na ten moment nie należy do ciekawych. Ale po kolei...

Sytuacja Barcelony po porażce z Levante nie wydaje się tragiczna. Pomimo 6 remisów i 3 porażek, w porównaniu do Realu, jej sytuacja jawi się w o wiele ciekawszych barwach. Ostatnie wyniki Królewskich nie napawają optymizmem, a z każdym kolejnym meczem stołek, na którym usiadł Solari wydaje się zdecydowanie zbyt niewygodny. Remis z Villarrealem i porażka z Realem Sociedad to na tym etapie sezonu wpadki często nie do naprawienia. Dodając do tego kompletnie nietrafioną wypowiedź po meczu na Estadio de la Ceramica sam Argentyńczyk kopie pod sobą dołek z prędkością Messcherschmitta ostrzeliwującego angielskiego Spitfire'ra. „Remisy trzeba doceniać” – taką wątpliwą ambicją mógł kierować się Jerzy Engel, a nie trener aktualnie najlepszego klubu na świecie. Co stało się z drużyną, która z fantastycznego sezonu 2017/2018 jest teraz nawet nie cieniem samej siebie, a została odchudzona z kości na ości pod względami czysto piłkarskimi?

Niby duży chłopiec…

Całą wina można obarczyć Julena Lopeteguiego*, ale było by to zwyczajnie niesmaczne. Nie warto zachowywać się w stosunku do niego tak, jak on w stosunku do kadry Hiszpanii. Jeśli ktoś chce zostać persona non grata w Hiszpanii to wystarczy brać z niego przykład. Gdyby jakiś reżyser zapragnął przedstawić historie nietrafionych i błędnie podejmowanych decyzji – to były selekcjoner Hiszpanii jest wzorcowym przykładem, jak samemu sobie włożyć rękę do nocnika. Fantastycznie rozegrane el. do MŚ postanowił świętować podpisując za plecami federacji kontrakt z Realem Madryt. Niby duży chłopiec, a smarkać nie umie.

Następnie chyba z zamiłowania do Katalonii zniszczył Realowi cały początek sezonu. Od 29 października z szatnią pełną wygłodniałych na kości trenerów sępów pracuje Santiago Solari i radzi sobie rzekłbym średnio, aczkolwiek nie najgorzej.

Świeża krew.

Jeśli jego jedynymi atutami jest to, że trenował Castille to marne są to kwalifikacje. Po każdym kolejnym meczu wydaje się, że to już na pewno był ten ostatni – a tu niespodzianka: Florentino Perez, jak nigdy dotąd, trzyma na ławce trenera, od którego zionie wonią amatorstwa. Szczególnie, kiedy próbuje „doceniać remisy”.

Być może jego umiejętności najlepiej ocenić dopiero po zakończeniu sezonu. Pomimo to, nie mogę się powstrzymać, bo tak słabego Realu było już dawno, a marzenia o czwartym z rzędu trofeum Ligi Mistrzów kibice powinni na tę chwilę zakopać sztychówkami w babcinym ogródku.

Nudna Champions League.

Wspaniale jest mieć w Europie dwie tak wielkie drużyny, jak Real i Barcelona. Jeszcze lepiej kiedy one są z jednego kraju. Najlepiej, jeśli rywalizacja między nimi jest tak wielka, że piłkarz musi oberwać świńskim łbem by spektakl mógł trwać (incydent z Figo). Ale bardzo źle, kiedy te dwa kluby wygrywają w ciągu ostatniej dekady Ligę Mistrzów siedem razy(!). Taki brak różnorodności szkodzi i Hiszpanom przyjdzie za to zapłacić. Było to zauważalne już podczas zeszłego lata, gdzie La Fura Roja odpadła już w 1/8 finału. Można tę rzeczywistość nazwać zmęczeniem materiału. I wydaje się, że tak rzeczywiście jest. Po dawnej tiki-tace nie ma śladu. Została jakaś namiastka, którą nieudolnie próbował wskrzesić Fernando Hierro. Efekt wszyscy widzieliśmy – wybiegani po kaukaskich górach chłopcy Czerczesowa dosłownie wciągnęli nosem ospałą hiszpańską filozofię udawanej tiki-taki.

Sama Blaugrana odchodzi z każdym kolejnym trenerem coraz dalej na rubieże gry bardziej wertykalnej. Stwierdzenie to uwielbiał Luis Enrique, i jak pokazał czas, jego podejście okazało się skuteczne. Jedna Champions League, dwa razy wygrał La liga i trzy razy Copa del Rey. Po latach posuchy i kończenia Ligi Mistrzów na etapie ćwierć- i półfinałów dokonał przewrotu, który okazał się zbawienny. Barca z Neymarem i Suarezem przybrała postać maszynki do zdobywania goli. Np. w 2015/16 było to, aż 170 bramek na przestrzeni 12 miesięcy!

Rakitic zastępujący Xaviego okazał się tym brakującym puzzlem w układance. Jego pozycja, czasem niedoceniana, jest niezwykle istotna. Kiedy Valverde zaczynał skłaniać się coraz bardziej ku systemie 4-4-2 to właśnie Chorwat okazał się spoiwem z nitu pomiędzy atakiem a obroną. Stał się tytanem pracy zapewniającym względny spokój podczas płynnych przejść z fazy ataku do defensywy. Zastępuje też Mascherano w crossach w poprzek boiska – poza tym daje coś ekstra: bramki, a uderzenie ma mocne.

Jeśli przeanalizować, nawet pobieżnie, metamorfozę Barcelony: od drużyny marzeń Guardioli do pragmatycznego zespołu Valverde to widać jakie zmiany zachodziły na poszczególnych pozycjach. Pomimo nietrafionych transferów (jak Andre Gomes czy jakimś cudem nie wyrzucony dotąd na kopach z Ciudat Esportiva Denis Suarez) formacje płynnie przechodziły z ulubionego dla tiki-taki 4-3-3 do wymagającego większej dyscypliny i uniwersalnego 4-4-2.

Były sezony pełne posuchy, jak te pod wodzą Taty Martino, tak więc jeśli nawet Real nie wygra nic w tym sezonie – nie będzie to sytuacja patowa. Cała obraz tego co dzieje się przy Santiago Bernabeu wygląda mi na kryzys kontrolowany. Rzadko kiedy można oglądać tak spokojnego Florentino Pereza – i nie sądzę by uśpiły go ostatnie triumfy w Lidze Mistrzów.

Czyszczenie kadry trwa.

Po odejściu Cristiano i Zidane'a zespół potrzebuje nowych twarzy i nowej motywacji. Wiele mówiło się podczas letniego mercato o Edenie Hazardzie, Mbappe czy nawet Neymarze (swoją drogą Brazylijczyk nadawałby się do Królewskich idealnie). Od czasów Garetha Bale’a i Jamesa Rodrigueza nie było żadnych spektakularnych przelewów gotówki. Okej, transfer Thibouta Courtois'a można nazwać galaktycznym, ale był to zawodnik przychodzący za darmo. Kariera zdecydowanie zbyt często kontuzjowanego Walijczyka być może nie wyhamowała, ale kiedy przeszedł do Realu to spodziewano się narodzin nowej supergwiazdy. Od tego transferu minęło już sześć lat. Następną wielka inwestycją okazała się gwiazdka i król strzelców Mundialu 2014 James Rodriguez.

Jak pokazał czas te transfery nawet, jeśli były opłacalne w sensie marketingowym to pod względami sportowymi nie byli to najważniejsi piłkarze z załogi Zinedina Zidane'a. Mało kosztującego 75 mln Euro Kolumbijczyka szybko zweryfikowała rzeczywistość. Jego niezwykle precyzyjna lewa noga nie służyła kibicom królewskich zbyt długo i powędrował na wypożyczenie do Bayernu. A bez niego Królewscy triumfowali w Lidze Mistrzów, mając środek pola ocierający się niemal o perfekcje.

Jak widać kibice Los Blancos czekają na galaktyczny transfer od kilku sezonów, a jak na razie to kupili i sprzedali z powrotem do tego samego klubu Asiera Illaramendiego (ze stratą 1 mln Euro) oraz udało się im sprzedać - coraz to bardziej narzekającego na kwaśne pomarańcze w Madrycie - Cristiano Ronaldo.

Efekt nowej miotły.

Być może aktualne mecze Realu nie przekonują, ale to co buduje Solari jest sporą inwestycją na przyszłość. Jeśli chodzi o Viniciusa Juniora - jest to piłkarz niezwykle ciekawy, błyskotliwy i ma poważne aspiracje do zostania „nowym Neymarem”. Pomimo trudów w tym sezonie i tego, że Królewscy coraz częściej psują kupony wszystkim fanom bukmacherki, średnia wieku jasno wskazuje, że jest to ekipa budowana na przyszły sezon, bo ten trzeba pewnie spisać na straty.

Mimo to drużyna Realu nie przypomina wojsk krzyżackich po bitwie pod Grunwaldem. Bardziej kojarzy mi się z aktualnym stanem rzeczy na Old Trafford. Po złym charakterze przychodzi dobry duch, który pozwala grać w piłkę radosną. United na razie kąsa rywali ze zdwojoną siłą, ale przyjdzie często jest tak, że piłkarze po odejściu niechcianego szkoleniowca nabierają wiatru w żagle.

Być może Real nie wygrywa teraz z taka regularnością, jak zaraz po objęciu przez Solariego zespołu, to czas pokaże gdzie będzie na koniec sezonu. Chyba, że wcześniej usłyszymy: good bye Santiago. Takiej karuzeli na stanowisku trenera Realu nie doświadczaliśmy już dawno. I oby tak zostało jak najdłużej, bo wszelkie zawirowania na ławce trenerskiej nie będą służyć nie tylko Królewskim, ale i całej lidze hiszpańskiej. Silny Real to ciekawa rywalizacja i zupełni inne oblicze czasem nieobliczalnej la Liga.

Scheda po Zidanie: Mission Impossible.

Wobec wcześniejszych sukcesów każdy inny wynik, niż zwycięstwo wydaje się porażką. Martwi jedynie fakt, że z szatni dobiegają głosy o braku feelingu w drużynie. Prawdopodobnie konflikt młodych, gniewnych i niedoświadczonych ze starymi wyjadaczami jest nieunikniony – ważne jest, jak będzie przebiegał. Lepiej dla Realu Madryt, by Solari okazał się równie skutecznym psychologiem, co wróżbita Maciej i poskładał rozbitą po galaktyce kadrę Realu.

Czas by zawodnicy wrócili na orbitę, choć pewnie nie wszystkim się to uda. Myślę teraz o Isco i jego zawieszeniu w sportowej czasoprzestrzeni. Plotki powstają błyskawicznie – szczególnie w Hiszpanii – a sytuacja Isco namnaża je niczym pędzące TGV. Zrezygnowanie z niego podczas kontrolnej gry przed meczem z Levante to policzek nie do zapomnienia. A jeszcze nie dawno nie sposób było sobie wyobrazić jedenastkę bez byłego gracza Malagi.

Chciałbym podsumować mój wywód: zmiana w Realu jest konieczna i dostrzegają to wszyscy, na czele z Florentino Perezem. Pytanie czy powinna być to zmiana trenera. Moim zdaniem nie, a potwierdzają to fakty, na które Solari zapracował.

16 meczów/12 zwycięstw/1 remis/3 porażki.

Przejmując zespół w trakcie sezonu, bez trzonu, mając w beznadziejnej, pomundialowej formie piłkarzy takich jak Varane czy Modric to liczby, które wykręcił - robią wrażenie. Skoro z tej kadry 42-letni trener z Rosario wykrzesał już tyle dobrego to pokazuje, że warto dać mu szansę choćby do końca trwającej kampanii. Nawet jeśli będzie to sezon bez obfitych festiwalów przy Cibeles to warto dopiero po pełnym sezonie ocenić jego prace.

Na ten moment – liczby bronią trenera, więc co możemy mu zrobić?


Hubert Duplaga

@DuplagaHubert

Komentarze