La Liga

Co się dzieje z Realem Madryt?

Dominik Kawecki @KaweckiDominik

Fot: La Liga, La Liga

Tagi

28 październik – manita na Camp Nou. W ostatnim czasie kolejne dwie porażki z Barceloną. Wcześniej wymęczone w bólach zwycięstwo z Levante, które było zwyczajnie lepszą drużyną, a do tego niedawna porażka u siebie z Gironą, która zanotowała serię trzynastu spotkań bez zwycięstwa, ba! Udało jej się zanotować sześć meczów zakończonych porażką, przerwaną dopiero starciem z Los Blancos. Co stało się z Realem? Kiedy to się zaczęło? Gdzie szukać winnego?

Brak stabilności

Po pierwsze trzeba zauważyć, że Los Blancos z Solarim na ławce mają sinusoidalne wahania formy. Początkowo Real z łatwością wygrywał swoje mecze, odzyskał moc i przywrócił wiarę, że jeszcze wiele może się zmienić, na dobre oczywiście. Potem przyszły męczarnie, ale wyniki były jak najbardziej poprawne – klub wygrywał, choć zdarzało się, że to tylko szczęście dopisywało. Ostatecznie w tym okresie Solari wywalczył kilka ważnych punktów oraz zdobył w mało imponującym stylu Club Word Cup. Potem przyszła liga i Real przeplatał dobre mecze ze słabymi. W końcu zwyżka formy nastąpiła tuż przed Copa del Rey. Real w imponującym stylu pokonał Sevillę i zaliczył serię pięciu zwycięstw z rzędu. Królewscy zaczęli przypominać drużynę, którą stać na wiele, choć wszystkich problemów wciąż się nie pozbyła. To wtedy przyszedł prawdziwy egzamin dojrzałości, czyli kolejno Barcelona, Atletico i Ajax. Remis i dwa zwycięstwa, czyli egzamin zdany, ale… niewiele brakowało, aby klub go oblał. Chodzi tu oczywiście o starcie z holenderskim zespołem. Młodzi i niedoświadczeni zawodnicy stłamsili starych weteranów i po zwycięstwo szli przebojem, ale na szczęście dla klubu z Madrytu, nie udało im się wygrać. Real był zwyczajnie skuteczniejszy i z Amsterdamu wywiózł bardzo dobry wynik – 2:1.

Czyli matura zdana, wydawało się więc, że Real ma już wszystko, świetną formę, dobrą mentalność, maksymalne skupienie, świeżość. Kibice i eksperci stwierdzili, że Królewscy wrócili do walki o trofea. Tracili już tylko sześć punktów do lidera w lidze, byli na dobrej drodze do awansu do kolejnej rundy Ligi Mistrzów i mieli spore szanse ma wyeliminowanie Barcelony i Pucharze Króla. Pojawił się okres lżejszy, czyli dwa ligowe starcia z Gironą i Levante. Były obowiązkowe do wygrania oraz odpowiednie do rotacji przed kolejnym wymagającym okresem. Wtedy wszystko się posypało. Porażkę z ekipą z Katalonii zapowiadał w pewnym sensie triumf z Ajaxem. Były to dwa podobne do siebie starcia i Real tego drugiego nie był już w stanie wygrać. Na tym etapie sezonu nie można pozwalać sobie na takie wpadki, bo jest to kluczowe w kontekście mistrzostwa.

Solari nie potrafi utrzymać formy i odpowiedniej mentalności drużyny przez dłuższy czas, raz jest dobrze a raz źle. Jeśli klub nie jest w stanie utrzymywać stabilnego poziomu nie może bić się o trofea i być poważnym kandydatem do zdobycia któregokolwiek spośród nich wszystkich.

Cienie Cristiano

O ile cztery pierwsze mecze pod wodzą Solariego były obfite w gole (piętnaście strzelonych bramek), o tyle później było już coraz gorzej. Do Klubowych Mistrzostw Świata, czyli w siedmiu spotkaniach, Real strzelił dwanaście goli, co daje średnią około 1.7 gola na mecz. Niby nie tak źle, ale wystarczy nie uwzględnić rewanżowego starcia z trzecioligową Melillą w Copa del Rey, które zakończyło się wynikiem 6:1 dla Realu. Wtedy wychodzi, że w sześciu meczach dla Królewskich padło zaledwie sześć bramek. Później było co prawda nieco lepiej i Real był w stanie pokonać między innymi Gironę i Espanyol po cztery do dwóch lub znane z absolutnie topowej defensywy Atletico Madryt 3:1.

Ostatecznie Real strzelił pięćdziesiąt sześć goli w dwudziestu dziewięciu spotkaniach pod wodzą Solariego, więc średnia niemal dwóch bramek na mecz nie wygląda najgorzej. Jednak w porównaniu z siedemdziesięcioma sześcioma zdobytymi przez Barcelonę golami w ostatnich dwudziestu dziewięciu meczach wynik Santiago wygląda blado. Dwadzieścia goli więcej strzelonych przez zespół Valverde pokazuje jak duży problem w ofensywie ma Real Madryt.

Dobrze odsłania ten mankament Benzema, Vinicius, Vazquez i Bale. Vazquez to istny wojownik, który niestrudzenie biega ile tylko może i aktywnie wspiera obronę, ale po prostu ma za mało jakości na Real. A pięć bramek, które strzelił, tego nie zmieni. Walijczyk strzelił osiem bramek, co jest zdecydowanie za słabym wynikiem jak na tak doświadczonego gracza. Tym bardziej, że nic więcej nie wnosił, ani ożywienia ani przyspieszenia, ani dryblingu. Kilka razy wykazał się skutecznością, ale to za mało na ten klub.

Ostatnio pisałem o odrodzeniu Francuza i Brazylijczyka, a teraz przyszedł czas, żeby wytknąć ich mankamenty. Młody gwiazdor strzelił zaledwie cztery gole od porażki na Camp Nou. Nie chcę go jednak poddawać zbyt dużej krytyce – ma osiemnaście lat i jest kluczową postacią w ofensywie. Przyćmiewa zarówno Asensio, Vazqueza, odstawionego od składu Isco i choć ma na koncie mniej trafień, Bale'a, który przecież miał być liderem ataku Królewskich. Jednak nie ulega najmniejszej wątpliwości, że strzelanie to jego olbrzymia bolączka, ma problemy z techniką i niskiej jakości celownikiem w tym aspekcie. Karim strzelił czternaście bramek pod batutą Solariego, ale miał moment gwałtownego wzrostu formy. I wszystko wydawało się dobrze, zaczął „ładować” do siatki bramkę za bramką, szkoda tylko, że znowu się zaciął. Być może nie doszło by do tego, gdyby nie brak rotacji jakie wobec niego stosował Solarii.

Alarm w środku

Trio o zabójczym brzmieniu CKM, które za Zidane'a było chyba najlepsze w Europie, obecnie niemal nie istnieje. Modrić do formy po mundialu wrócił dopiero niedawno, ale niestety wraz z Kroosem nie potrafią zdominować środka pola. Często tracą piłki, nie napędzają akcji, słabo wyglądają w defensywie. O ile takie problemy w starciach z mocniejszymi rywalami w pewien sposób jeszcze można zrozumieć, to kłopotów w zdominowaniu Girony, czy Levante już nie. W ciągu jednego spotkania ta dwójka ma straszne wahania i przez pewien czas jest w dobrej dyspozycji tylko po to, by następnie na jeszcze dłuższy okres zupełnie rozpłynąć się w powietrzu.

Ciekawym przypadkiem jest też Casemiro. W taktyce Realu pozycja defensywnego pomocnika jest obowiązkowa, bo bez niej klub po prostu nie ma równowagi między obroną i atakiem. Brazylijczyk długo spisywał się ze swojego zadania, ale w pewnym momencie zaczął popełniać wiele błędów, które kosztowały klub bardzo dużo. Stracił miejsce w podstawowej jedenastce, ale tylko przez chwilę. Na wysokości zadania stanął wtedy Llorente, który gwarantował spokój i opanowanie. Hiszpan w swojej kulturze gry jest zdecydowanie mniej agresywny od Casemiro i polega w dużo większym stopniu na rozczytywaniu gry rywala. Różnic między nimi jest jednak więcej. Llorente nie popisuje się takimi umiejętnościami strzeleckimi jak Casemiro, jednak potrafi znacznie lepiej operować i rozgrywać piłkę.

Ale to wciąż nie wszystko…

„Duża” głębia składu i klasowi zmiennicy

Mowa oczywiście o czymś, czego nie ma. Nazwisk na „ławie” jest co prawda sporo i wiele z nich ma bez wątpienia olbrzymią markę i status gwiazdy, ale przecież w piłkę nie grają nazwiska. Zacznijmy od tego, że większość graczy rezerwowych nie jest w formie. Isco dla Solariego praktycznie nie istnieje i prawdopodobnie niedługo pożegna się z Madrytem. Asensio wyraźnie nie jest w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności jaki na nim spoczął. To, że mnie może wygrać rywalizacji z Viniciusem to jedno, ale on nie radzi sobie nawet z rolą zmiennika. Gry wchodzi na boisko, praktycznie nic się nie zmienia. Problem jest też z Ceballosem czy Valverde, którzy tak jak pozostali nie mogą liczyć na wiele minut. A to przecież młodzi zawodnicy, którzy ich bardzo potrzebują.

W defensywie jest równie zła sytuacja. Nie ma stopera, który gwarantowałby odpowiedni poziom na boisku, znany ze swojej solidności Nacho teraz jest cieniem samego siebie, a Vallejo to młody gracz. Nie można go skreślać, ani nic mu zarzucać, w końcu obecnie leczy kontuzje, ale ta sytuacja stawia przy jego nazwisku znak zapytania. W tym wieku kontuzje są bardzo niebezpieczne i mogą (oby nie!) zniszczyć karierę wielu zawodnikom. Plusem jest rywalizacja Odriozoli i Carvajala. Młodszy Hiszpan dobrze sprawdza się jako zmiennik. Ale sprawa po drugiej stronie nie jest tak kolorowa. Marcelo wygląda dramatycznie i sam jeden potrafi przegrywać mecze. Deską ratunku jest na szczęście Reguilon, zawodnik o odmiennej charakterystyce i bardziej defensywnym nastawieniu, który wywalczył w ostatnim czasie podstawową jedenastkę i wydaje się, że zadomowił się w niej na długo.

Najgorzej jednak jest z napastnikami. Tak naprawdę jedynym goleadorem jest Benzema. Mariano nie dostaje szans na grę od początku sezonu, a przecież miał być alternatywą i odciążeniem dla Francuza. I na tym niestety kończą się poszukiwania „9”, która mogłaby być zmiennikiem dla Karima…

Żelazna defensywa

Licząc od odejścia Mourinho z klubu, Real nie kojarzył się z najlepszą formacją obronną. Jednak pewna solidność w tym aspekcie była i Królewscy potrafili się skutecznie bronić. Zidane często korzystał z umiejętności defensywnych swoich podopiecznych i w najważniejszych spotkaniach oddawał inicjatywę rywalom, by następnie ostatecznie wygrywać, głównie dzięki kontratakom. Dziś jednak obrona się sypie. Klub traci sporo bramek, ale te problemy nie raz były przysłaniane piękną kombinacyjną grą w ofensywie. Dlatego niejeden mógł nie zauważyć, że Real już w poprzedniej rundzie Pucharu Króla z Gironą. Pierwsze starcie między tymi dwoma zespołami w tych rozgrywkach zakończyło się wynikiem 4:2 i zwycięstwem Los Blancos. Ale patrząc wyłącznie na grę defensywną madrytczyków, można spokojnie wysnuć dwa wnioski: Girona była niezwykle nieskuteczna i Realowi dopisało nieco szczęścia. Gdyby naprzeciw Królewskim stanął rywal z wyższej półki Królewscy, mogli by to spotkanie przegrać.

Gdy Real podejmował Barcelonę na Camp Nou, stracił cenną bramkę w końcówce spotkania, choć w defensywie spisywał się dobrze. Dopiero rewanżowe starcie pokazało braki w obronie. Barcelona zwyciężyła wysoko, ponieważ Real im stworzył świetne sytuacje strzeleckie. Brakowało wszystkiego – dobrego krycia, agresywności, pułapki offsajdowej i wreszcie odpowiedniej liczby zawodników zaangażowanych w obronę. Ale to stało się dopiero po zmianie stron. Los Blancos nie potrafili utrzymać koncentracji już nawet nie na wysokim poziomie, ale nawet na przyzwoitym. Zdarzały się momenty, kiedy Blaugrana atakowała, a dostępu do bramki broniła jedynie para stoperów i Navas między słupkami. Powstawały więc przerażające luki, z których Katalończycy korzystali.

Problemy pojawiły się również z Ajaxem. Królewscy bronili się przez większość spotkania wzorcowo, jednak pod koniec pozwolili sobie na chwilę rozluźnienia, co opłacili stratą bramki. Na szczęście mimo to udało się wywieźć zwycięstwo z Amsterdamu. Ale co można powiedzieć o postawie defensywy w starciach, które miały być pewnego rodzaju odpoczynkiem? Chodzi oczywiście o spotkania z Gironą i Levante. W obu spotkaniach defensywa po prostu nie istniała. I niestety można o niej powiedzieć tylko tyle, ale trzeba dodać, że Real miał sporo szczęścia pod własną bramką, zwłaszcza w meczu przeciwko Levante, które zmarnowało dwie „setki”. Taka sytuacja jest niedopuszczalna w żadnym klubie.

Niedobrze dzieje się również między słupkami. Solari postanowił, że pierwszym bramkarzem zostanie Courtois. Niestety Belg prezentuje zwyczajnie niższy poziom niż rywalizujący z nim Kostarykanin, to znaczy tak było. Teraz Navas jest w strasznej formie spowodowanej brakiem gry. Solari w dodatku pogarsza sytuacje rotując bramkarzami, co niestety przekłada się na słabsze wyniki.

Solari to jednak nie Zidane

Santiago Solari nie przypomina w żaden sposób Zidane'a, poza tym, że zastąpił w trakcie rozgrywek szkoleniowca, który notował dramatyczne wyniki z zespołem. Więcej podobieństw nie ma. Zidane został trenerem jako wielka legenda, znana całemu światu i szanowana przez największe gwiazdy. Solari jako piłkarz był zmiennikiem i nigdy nie był bardzo znanym zawodnikiem, a o takim statusie legendy co Francuz może niestety raczej tylko pomarzyć. Taktyka wprowadzona przez Solariego ma swoje mankamenty. Piłkarze sprawiają wrażenie jakby nie do końca dobrze się w niej czuli. Choć poprawa względem poprzednika u Solariego jest widoczna, to jednak wciąż nie wystarczająca. Argentyńczyk nie upiera się przy bezmyślnym utrzymywaniu się przy piłce, ale wciąż widać, że mu na tym zależy. Oczywiście nie ma nic złego w wysokim procencie posiadania piłki, ale w tym przypadku to nie działa. W końcu Real utracił środek pola, a dominacja w nim jest kluczowa do takiej gry. Podczas gdy Zidane w starciach z rywalami z podobnego pułapu często stawiał na kontrataki, Solari z nich nie korzysta często. Real nie potrafi kąsać po szybkich atakach i nie potrafi cierpieć w obronie. Często brakuje równowagi między defensywą i ofensywą, co skutkuje traceniem zbyt wielu bramek. Solari zrezygnował z wrzutek, znaku gry Realu z francuskim trenerem na ławce trenerskiej i nie umie odpowiednio wykorzystać stałych fragmentów gry, co nie stanowiło problemu gdy klub prowadził Zidane. Argentyńczyk nie potrafił też zjednać sobie szatni, tak jak to zrobił Zidane. W tym przypadku można to tłumaczyć dużo mniejszym autorytetem i uznaniem jakie otrzymał ze strony zawodników jeszcze zanim objął stery madryckiej ekipy. Mimo wszystko nie cieszy się tak dużym poparciem i posłuchem jak Zidane.

Przyszłość nie teraźniejszość

W ostatnim punkcie skupię się na Florentino Perezie. Prezes przespał letnie okno transferowe i nie wzmocnił kadry. Pozwolił odejść Cristiano i nie kupił klasowego napastnika, by zapełnić lukę po nim. Sprowadził Viniciusa, który zawodnikiem Realu został już wcześniej. Nie posłuchał wielu kibiców, którzy domagali się rewolucji kadrowej, ale kupił Rodrygo , przesunął do pierwszej drużyny Vallejo i kupił Odriozolę. Zadbał też o nowego bramkarza i ściągnął z Chelsea Courtoisa, który odebrał miejsce między słupkami Navasowi. Zdecydowanie za mało, ale w zimie pojawiła się szansa na naprawę błędów i odpowiednie wzmocnienie kadry. Jednak Perez postanowił je wykorzystać do ściągnięcia tylko Brahima Diaza, który nie liczy się w ogóle w kadrze.

Perez nie zamierza wydawać milionów na wielkie gwiazdy, wychodząc z założenia, że może kupić młode talenty, które albo później sprzeda z zyskiem albo zostaną one nowymi Galactico. Inwestowanie w młodzież jest dobre, jeśli zachowuje się przy tym umiar, którego prezesowi zwyczajnie brakuje. Odrzucił on całkowicie możliwość kupowania bardziej doświadczonych graczy, a na dodatek nie zamierza zmieniać kadry, która już tak wiele wygrała. Problem w tym podejściu do sytuacji w piłce nożnej jest taki, że już teraz klub jest w głębokim zastoju i nie umie z niego wyjść. Drużynę trzeba nieustannie poprawiać. Jeśli nie wprowadza się zmian, nie dopuszcza się do ewolucji klubu, a to nie powoduje, że wszystko staje w miejscu. Niestety inni wciąż starają się usprawniać, więc jeśli ktoś tego nie robi zostaje w tyle za pozostałymi.

Reasumując; Real jest teraz w dołku, z którego do końca obecnej kampanii z pewnością nie wyjdzie. Ale tego można się było spodziewać jeszcze przed sezonem i można było się pogodzić już wtedy z możliwością, że Real nie zdobędzie żadnego trofeum. Jest to okres przejściowy. Jest wiele do zmiany, a wszystko jest w rękach Pereza. Prezes musi odświeżyć kadrę i znaleźć nowego trenera. Miejmy nadzieję, że Florentino doskonale zdaje sobie z tego sprawę, bo w innym przypadku Los Blancos może czekać los podobny do Manchesteru United – mocna drużyna, która przez nieodpowiednie zarządzanie i złe decyzje sportowe podupadła na piłkarskiej arenie.


Dominik Kawecki

@KaweckiDominik

Madridista. Piszę głownie o LaLiga, ale też o PL i reprezentacji Polski. | Madridista. I write mainly about LaLiga, but also about PL and Polish representation.

Komentarze