Ekstraklasa

Karuzela

Jakub Jabłoński @kubajablon

Fot: Piotr Matusewicz, East News

Tagi

Adam Nawałka Zbigniew Smółka Ricardo Sa Pinto Lech Legia Arka Lotto Ekstraklasa

Ricardo Sa Pinto, Adam Nawałka i Zbigniew Smółka. Tych trzech ekstraklasowych trenerów straciło pracę w ciągu ostatnich kilku dni. Każdego z nich zwalniano z powodu niezadowalających wyników, każdego w nieco inny sposób. Szczytem nowatorskiego podejścia było zwolnienie szkoleniowca Arki Gdynia… przed meczem (którego zresztą nie przegrał). Co sprawia, że prezesi klubów Lotto Ekstraklasy tak chętnie pozbywają się trenerów? 

Do końca sezonu zasadniczego w Lotto Ekstraklasie pozostało dwie i pół kolejki, a w gabinetach ludzi rządzących polskimi klubami wykonano właśnie szereg dziwnych posunięć. Przecież całkiem niedawno była przerwa na reprezentację. Według starej piłkarskiej prawdy, jeśli zwalniać trenera, to właśnie wtedy (pod warunkiem, że ma się następcę). Nowemu daje się wówczas dwa tygodnie na pracę z drużyną, co daje choć cień szansy na to, że w zespole zacznie być „widać rękę” szkoleniowca. Tymczasem w Lechu, Legii i Arce zrobiono inaczej. Włodarze tych klubów poczekali na czas, kiedy ich zespoły grają co trzy dni i w środku tego cyklu pozbyli się trenerów. Czy były to zwolnienia uzasadnione? Poniekąd tak. Lech Nawałki grał źle i wypadł nawet z pierwszej ósemki. Legia nie dość, że nie dogoniła Lechii, to przed tą kolejką znowu miała 5 punktów straty do lidera, a w dodatku przegrała prestiżowy mecz z Wisłą. Z kolei zwycięstwa Arki nie pamiętają chyba najstarsi kaszubscy rybacy. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wszyscy trzej zwolnieni trenerzy stracili pracę nie tyle ze względu na wyniki, ile z powodu potencjału jaki w nich widziano. Smółka miał stać się drugim Mamrotem (do niego za chwilę wrócimy), który nieźle poradził sobie w Jagiellonii osieroconej przez Probierza. Nawałka przychodził w glorii byłego selekcjonera, wynegocjował pokaźny kontrakt i spodziewano się, że Lech będzie grał skutecznie i widowiskowo. Z kolei Sa Pinto sam ukręcił na siebie bicz. Przychodził napuszony niczym paw i roztaczał wokół siebie atmosferę nieomylności. Zraził do siebie chyba wszystkich zajmujących się polską piłką i zostanie u nas zapamiętany jako arogancki buc.

W przypadku Lecha i Legii to już druga w tym sezonie zmiana na stanowisku szkoleniowca. Przecież sezon w tych zespołach rozpoczynali odpowiednio Ivan Djurdjevic i Dean Klafurić. A to nie wszyscy zwolnieni w tym sezonie trenerzy. Pamiętać należy, że pracę w tym sezonie stracili jeszcze Dariusz Dudek, Dariusz Dźwigała, Tadeusz Pawłowski i Mariusz Lewandowski. Gdyby tak się lepiej przyjrzeć, czy te zmiany rzeczywiście zmieniły oblicze drużyn, to wychodzi na to, że skuteczność jest jak w przypadku rzutu monetą. W Warszawie i Poznaniu się nie udało. W Płocku też nie i posada Kibu Vicuny wisi na włosku, a Wisła dalej jest jednym z głównych kandydatów do spadku. Z kolei w Sosnowcu, Lubinie i Wrocławiu jest chyba nieco lepiej, niż było, choć nadal nieidealnie. Czy warto zatem zmieniać trenerów w trakcie sezonu? Literatura („Futbol i statystyki”) mówi o tym, że niekoniecznie. Tak zwany „efekt nowej miotły” to mit. W większości przypadków zespół, w którym zmieniono trenera i tak zacząłby punktować. Przykład Miedzi i Dominika Nowaka pokazuje, że chyba coś w tym jest. Działacze z Legnicy wytrzymali ciśnienie, nie pozbyli się trenera, dali mu kredyt zaufania i trochę czasu i „Miedzianka” jest na najlepszej drodze do utrzymania w lidze. Ja jednak jestem zdania, że niektórzy ludzie do pewnych robót się po prostu nie nadają. Weźmy takiego Adama Owena, który w poprzednim sezonie niemal spuścił z ligi obecnego lidera Ekstraklasy. Jego metody okazały się kompletną porażką, czego dowodem jest fakt, że Piotr Stokowiec miał olbrzymie problemy, żeby uratować ekstraklasę w Gdańsku. Dzisiaj Lechia mająca nieco szczuplejszą kadrę, niż wówczas jest liderem ligi i ma niemal pewny medal. Wychodzi więc na to, że odpowiedni wybór szkoleniowca jest sprawą kluczową. Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku.

W mojej ocenie podstawowym kryterium oceny szkoleniowca nie powinno być to ile punktów zdobywa, ale raczej to ile powinien zdobyć. Jeśli bilans się zgadza, trener powinien zostać. Jeśli punktuje za słabo, należałoby go w odpowiednim momencie zmienić. Koronnym przykładem jest tutaj chyba Jagiellonia. W Białymstoku uwierzyli, że Jaga jest czołowym zespołem w Polsce i po serii słabszych wyników coraz głośniej było słychać, że posada Ireneusza Mamrota wisi na włosku. Jednak ja uważam prezesa Kuleszę za jednego z najlepszych włodarzy w polskim futbolu i sądzę, że on rozumie, że po kilku latach tłustych musiała w końcu przyjść runda chudsza. W Jagiellonii przeprowadzono małą rewolucję kadrową, część nazwisk ewidentnie się nie sprawdziła, ale chyba niewielka w tym wina trenera. Mówiąc szczerze uważam, że trener Mamrot powinien dostać jeszcze kredyt zaufania i bardzo możliwe, że tak się jednak stanie. Na drugim biegunie znajduje się z kolei Wisła Płock. Na papierze jest to drużyna, która powinna plasować się przynajmniej w środku tabeli z potencjałem na pojedyncze zrywy i miejsca w okolicach 4-5 (tak, jak to miało miejsce w ubiegłym sezonie). Tymczasem płocczanie grają fatalnie, zdobywają mało punktów i kompletnie nie realizują swojego potencjału. A przecież jest tam kilku naprawdę solidnych zawodników – Varela, Merebaszwili, Furman, Borysiuk, Szwoch, Łasicki, czy nawet Kuświk nie wypadli sroce spod ogona i drużyna mająca ich w składzie nie powinna znajdować się w strefie spadkowej. Głową zapłacił za to Dariusz Dźwigała, za chwilę wyleci hiszpański trener Wisły. Dlaczego tak się wydarzyło? Zaczęło się prawdopodobnie od zwolnienia Marcina Kaczmarka, który wcale nie notował złych wyników, ale działacze oczekiwali czegoś więcej. Zatrudnili więc Jerzego Brzęczka, który wykonał wspomniany zryw, ale Wisła stała się ofiarą własnego sukcesu. W Płocku uwierzyli, że to jest ich miejsce w szeregu, działacze wykonali kilka chaotycznych transferów, zatrudniono trenera, który nie był gwarantem sukcesów i dzisiaj drużyna stoi nad przepaścią.

W tym kontekście pochwalić należy działaczy niektórych klubów Lotto Ekstraklasy. Górnik Zabrze nie poszedł drogą płocczan i nie zwolnił Marcina Brosza nawet wtedy, gdy jego zespół zimował na miejscu spadkowym. Korona Kielce pod wodzą Gino Lettierego od jakiegoś czasu osiąga wyniki zdecydowanie ponad stan, a jednak we wczorajszej Lidze+ padło już zdanie, że niektórzy domagają się tam zmiany na stanowisku szkoleniowca. Mam nadzieję, że kieleccy działacze mają chłodniejszą głowę od Macieja Murawskiego i pozostaną głusi na takie głosy. Pogoń Szczecin i Cracovia nie zanotowały najlepszego startu, kibice głośno domagali się głów szkoleniowców, jednak działacze wytrzymali ciśnienie i Cracovia ma już właściwie pewny awans do grupy mistrzowskiej, a Pogoń przez chwilę była najlepiej grającą w piłkę drużyną w lidze. Czyli można. A nawet w niektórych przypadkach trzeba.

W polskiej lidze szkoleniowców się zmieniało i zmieniać będzie. Łatwiej jest się pozbyć jednego trenera, niż całej rzeszy zawodników. Pamiętać jednak należy o tym, że to nie trenerzy wychodzą na boisko, a piłkarze. I to oni powinni brać odpowiedzialność za wyniki swoich drużyn. Dobrze jest, kiedy trener pomaga, jednak nie zawsze tak się zdarza. Grzegorz Szamotulski w swojej biografii opowiadał, jak swego czasu w Amice Wronki taktykę i sposób gry ustalali sami piłkarze, bo trener nie był w tej kwestii zbyt kompetentny, a pamiętajmy, że to była czołowa polska drużyna. Jest to oczywiście sytuacja skrajna i opowiadana raczej w ramach anegdoty, ale pokazuje jasno, że tak naprawdę w piłce nożnej, jak w teatrze – za spektakle w głównej mierze odpowiedzialni są wykonawcy, a nie reżyserzy.


Jakub Jabłoński

@kubajablon

Od dziecka zakochany w samochodach i piłce nożnej. Największy fan talentu Piotra Wiśniewskiego. Spełniam właśnie dziecięce marzenie i piszę o piłce

Komentarze