Europejskie Puchary

Polot i fantazja czy czysta pragmatyka?

Hubert Duplaga @DuplagaHubert

Fot: Olusturulma tarihi, CC 2.0

Tagi

Liga Mistrzów Ajax Tottenham Barcelona Liverpool

Polot i fantazja czy czysta pragmatyka? Pokrótce o półfinalistach Ligi Mistrzów i trenerze z polotem koziego bobka.

A więc wojna!

Jeszcze kilka miesięcy temu świat futbolu zaroił się od ekspertów głoszących upadek ofensywnej taktyki. Futbol totalny miał zostać uroczyście zabity podczas kolejnej edycji Ligi Mistrzów. Jose Mourinho miał znów odnosić sukcesy, a Atletico Madryt z planem zabetonowania własnej bramki w każdym meczu miało być wymagającym przeciwnikiem i pretendentem do triumfu w Lidze Mistrzów.

Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna, a po pragmatycznej Francji 2018 i Mistrzostwach Świata pełnych wyników jedno- bądź dwubramkowych przyszedł czas na edycję Ligi Mistrzów 2018/2019. Sensacyjne remontady i błyskawiczne kontrataki stały się firmowym zagraniem tegorocznego rozdania. Liverpool z niesamowitym trio, Tottenham z naładowanymi strzelbami Kane’a i Sona, Ajax ze swoją młodzieżą grającą prostopadłe piłki nawet do swojego bramkarza i Barcelona z Messim wkurzonym na brak zdobycia owego trofeum od czterech lat.

Niewątpliwym plusem tej edycji jest to, że sędziowie przestali być daniem głównym podczas rywalizacji. VAR mimo, że pozostawia wiele do życzenia, zdecydowanie ułatwia rozstrzyganie sporów. 

Nie będę pierwszym, który o tym wspomina, ale jeszcze rok temu mieliśmy sytuację, gdzie kilka milionów ludzi na całym świecie mogło obejrzeć powtórkę i rozstrzygnąć o karnym bądź czerwonej kartce - a pan biegający po boisku w koszulce odróżniającej go od wszystkich innych tam obecnych - nie mógł sprawdzić swojej decyzji na ekranie. A przecież za sprawiedliwość mu płacą.

Ja jako etatowy zwolennik teorii spiskowych uważam, że jak wszędzie tak i w świecie futbolu czają się rozmaite lobby, które dbając o swoje interesy nie dopuszczały do wideo weryfikacji przez tak długi okres, a nawet teraz nie wszystko można sprawdzić, bo jak wiadomo VAR dotyczy jedynie sytuacji jednoznacznych (co to w praktyce ma oznaczać?) i jedynie w polu karnym.

O słabości VARu przekonaliśmy się w ekstraklasie już tyle razy, że brakło by mi palców u rąk i nóg żeby to policzyć. Musiałbym palce pożyczyć od sąsiadki. A jako, że pożyczanie palców od kogokolwiek nie ma sensu chciałbym zaznaczyć, że wszystkie decyzje jakie podejmują sędziowie są zgodne z przepisami w Lotto Ekstraklasie.

I tak mamy przykład parabramkarskiej parady Jędrzejczyka w meczu z Lechią Gdańsk. Zupełnie zrozumiała jest dla mnie złość piłkarzy Lechii na sędziego, który nie pierwszy raz postanowił odegrać główna rolę i podejmować decyzje, choć zgodne z przepisami to tak głupie jak ci, którzy te przepisy stworzyli. Ewidentnie tworzyli z głowy, czyli z niczego, bo żadnych sprawdzonych wzorów tam nie widać. 

W myśl polskich przepisów sytuacje w polu karnym trzeba gwizdać na korzyść napastnika – o tym w innych krajach nie słyszano. Na szczęście ten przykaz interpretacji i tak już zawiłych tajników przepisów zniknął. Jednak niesmak w ustach pozostał, a pokłosiem jest w każdej kolejce A-klasowych rozgrywek napastnik padający w polu karnym po ukąszeniu muchy. Bo przecież widział w telewizji, jak po takim efektownym upadku były dyktowane karne. Niestety, zgodnie z efektem motyla to, jakie decyzje są podejmowane na górze ma wpływ na to, co dzieje się na dole – w tym na dzieci. 

Tak więc apeluję o ujednolicenie i rozsądne zarządzanie kolegium sędziów, bo inaczej granice absurdu przesuniemy tam, skąd powrócić będzie bardzo trudno.

Przykład kolejny i to całkiem świeży, nie muszę go nawet wycierać z kurzu, bo grzał wiadomości TVP przez trzy dni. Jak można wyjaśnić fakt, że brak karnego po interwencji Jędzy można wytłumaczyć przepisem, który zaznacza, że zagranie ręką musi być celowe, by podyktować jedenastkę. A jeśli nie jest celowe, ale chroni zespół przed utratą gola niedozwoloną częścią ciała rodzi się pytanie czy ta cześć ciała nie staje się wtedy dozwoloną? 

Może to pytanie tak głupie, jak zagadnienie co było pierwsze (kura czy jajko), ale tak samo idiotyczny jest przepis, który zmusza arbitra do wchodzenia w głowę piłkarza i podejmowanie decyzji na zasadzie własnych przemyśleń. Absurd.

Nie jestem zwolennikiem dyktowania karnych po każdym zagraniu ręką. Piłka nożna to nie gra w zbijaka, ale parabramkarska parada Jędrzejczyka to rozbój w biały dzień. Tak więc nie winiłbym tych, którzy do tych idiotycznych przepisów się stosują i przez to podejmują idiotyczne decyzje. Za to się im płaci. Wobec tego trzeba zająć się idiotyzmami u genezy ich powstania.

Całkiem nieźle poradziła sobie UEFA. A być może błędy sędziowskie, choć się niewątpliwie zdarzyły (brak karnego w pierwszym meczu po zagraniu ręką Joela Matipa w 13 minucie) przyćmiła piłkarska uczta, a dania serwowali szefowie kuchni, tworząc poezję na piłkarskim talerzu. Bon appétit!

Ajax.

Erik Ten Hag to z wyglądu potomek wodza wikingów. Mając 49 lat pierwszy raz w historii miał okazję prowadzić zespół w półfinale Ligi Mistrzów. Trenerem potomków Cruyff jest od grudnia 2017 roku. Warto wspomnieć, że Ajax od czterech lat nie zdobył mistrzostwa kraju! Udało im się to dopiero w tym sezonie.

Niezwykły jest przypadek holenderskiego klubu. Ich gra zachwyca, niczym Dream Team legendarnego napastnik z numerem 14. Brak kompleksów i siła charakteru u tak młodych (średnia wieku to niespełna 24 lata!) zawodników urzekły całą piłkarską Europę. I pomimo porażki w ostatnich sekundach zdobyli coś więcej niż uszaty puchar – zdobyli nasze serca.

Spurs.

Rzutem na taśmę pokonali Ajax. Ile emocji przyniosło nam to spotkanie nie musimy nikogo pytać. Wieczór niezapomniany dla każdego kibica. Futbol pełen ofensywnej i agresywnej gry. Gry do przodu. Coś czego zabrakło Barcelonie, ale o tym później. Joga bonito rodem z Brazylii – Lucas Moura, niechciane dziecko w PSG wyrzuca Ajax po przebojowej akcji za burtę w półfinale. Oglądać to na żywo – crème de la crème.

A tak na marginesie. Największym przegranym środowego widowiska zostaje oficjalnie kibic Tottenhamu, który w połowie meczu opuścił stadion. Niniejszym przyznaje mu tytuł dzbana tegorocznej edycji Ligi Mistrzów.

Barcelona.

Jeśli ktoś z czwórki półfinalistów miałby być skarcony za pragmatyzm to niewątpliwe Barcelona. Na przekór wszystkiemu Duma Katalonii w środowy wieczór postanowiła rozczarować wszystkich, a na końcu samą siebie. Powiedzieć blamaż to jak nic nie powiedzieć.

Jordi Alba, którego śmiało można obwinić za bramki numer jeden i trzy, był niedysponowany niczym licealistka na lekcji WF-u. Nikt, absolutnie nikt, z jedenastki Barcy nie był sobą. Podobno Messi płakał w szatni po meczu. Nie dziwie mu się. Po 90 minutach kopania się po czole tylko to pozostało do zrobienia by wypełnić ostatni akt dramatu.

Przedostatni akt zakrawa na groteskę, bo bramka na 4:0 była kuriozalnie niemożliwa. To wyglądało tak, jakby piłkarze Barcy się umówili, że tak łatwych piłek nie wybijają. No i nie wybili.

Liverpool.

Za to wbił ją prosto do siatki Divock Origi. Warto zapamiętać to imię i nazwisko. Być może 24-latek nie jest wiodącą postacią The Reds, ale pochwalić go trzeba. Co za mental ma ten gość! Wchodzi do składu przypadkiem, bo przecież zdrowy Salah czy Firmino wciągnęliby go nosem i wypluli na ławkę rezerwowych. Najpierw daje prowadzenie, później zapewnia awans. Crack, powiedzieliby Hiszpanie.

Jeszcze parę lat temu Liverpool był Loserpoolem, a jego piłkarze utożsamiani ze ślizgającym się na niewidzialnej skórce od banana Stevenem Gerrardem, tym samym marzenia o mistrzostwie Anglii spychającym na dno Tartaru wykładanego arabskimi petrodolarami przez Manchester City.

Jeszcze niedawno Liverpool był autorem wielomilionowych transakcji – ale wszystkie dotyczyły odejścia z klubu, a nie zakontraktowania kolejnej gwiazdy, a teraz po raz drugi w ciągu dwóch lat awansuje do finału Ligi Mistrzów i po raz kolejny Klopp staje przed szansą pokonania klątwy finału, która niewątpliwe na nim ciąży i być może jest to jedyny powód dlaczego eksperci, tak niechętnie wymieniają go w ścisłym topie topów menedżerów.

Półfinały pokazały, że chłodna kalkulacja nie popłaca. „Bo przecież nie strzelą nam czterech bramek”, myślał popijając kawę Valverdę. Wykazał się wyjątkowo krótką pamięcią, bo rok temu Roma strzeliła cztery gole. Roma, której najjaśniejszą gwiazdą był młodziutki Patrick Schick i doświadczony (żeby nie powiedzieć stary…) Edin Dżeko. Przecież nie powtórzy się poprzedni rok. „Nic dwa razy się nie zdarza", jak mówi poetka – no i się, cholera, zdarzyło.

Brak wyciągania wniosków pogrzebał Barcelonę. Pogrzebał również Valverde, bo od nowego sezonu Barcelona musi mieć nowego szkoleniowca. Piłkarze pokroju Messiego czy Pique nie zniosą w szatni tego pragmatyka, który nie odrobił lekcji przed rewanżem.

Barcelona w pierwszym spotkaniu była zdecydowanie lepsza od Liverpoolu. Ale były momenty, kiedy The Reds potrafili stworzyć przewagę. Klopp w mixzonie mówiący o szansach swojego zespołu to nie była jednie zagrywka psychologiczna przed rewanżem. To była realna alternatywa tego meczu. Gdyby Salah i spółka byli bardziej skuteczni z 3:0 zrobiło by się 3:3. I być może wtedy Barca była by bardziej skoncentrowana.

Dość historii alternatywnej, choć jestem jej fanem. Barca znajduje się aktualnie na ściernisku, a Liverpool buduje swój bank, jak powiedzieliby bracia Golec z orkiestrą. Brawa dla Kloppa. Brawa za robotę, którą rozpoczął już przed rewanżem, w dzień porażki 3:0. On szczerze wierzył w możliwość awansu. Valverde był pewien. I to odróżnia trenerów od geniuszów trenerskiego fachu. Wiara jest podstawą, na której buduje się zespół. Pewność zabija koncentracje, a w konsekwencji staje się przyczyną porażki.

Spurs – Liverpool. Liverpool – Spurs. Kibice angielskiego futbolu pewnie nie mogą się napatrzeć na to zestawienie w finale Migi Mistrzów. Wiele było przymiarek, ale dwóch angielskich zespołów spodziewał się mało kto. A już na pewno nie ja. Typowałem Juventus z żelazną obroną i głodnym bramek Cristiano Ronaldo. Widziałem tam Barcelonę i Manchester City. I może to lepiej, że stało się tak, jak się stało. Bo za co kochać futbol, jeśli nie za jego nieprzewidywalność?


Hubert Duplaga

@DuplagaHubert

Komentarze