Europejskie Puchary

Co może przybliżyć Lechię do awansu?

Marek Wilczewski @MarekWilczewsk2

Fot: Własne, Własne

Tagi

Za nami pierwsze mecze II rundy kwalifikacyjnej do Ligi Europy. Każdy polski zespół startujący w tych rozgrywkach zdołał odnieść zwycięstwo nad swoim rywalem. Sztuka ta udała się również i Lechii Gdańsk. Podopieczni Piotra Stokowca pokonali duńskie Brondby IF 2:1 i zaliczyli skromną zaliczkę przed wyjazdem do Kopenhagi. Gdańszczanie odnieśli swoje historyczne pierwsze zwycięstwo w międzynarodowych rozgrywkach. Teraz czas na rewanż. Czy drużyna Lechii zdoła utrzymać wypracowaną przez siebie przewagę?

Nie czarujmy się. W pierwszym meczu Lechia była zespołem zdecydowanie lepszym i odniosła zasłużone zwycięstwo. Podopieczni Piotra Stokowca grali szybko i zdecydowanie. Przez większość czasu to Lechiści narzucali swoje tempo, kontrolowali sytuację na murawie i stwarzali sobie znacznie więcej dogodnych sytuacji niż przeciwnik. Mimo to skończyło się skromną wygraną 2:1. Teraz Gdańszczanie przygotowują się do rewanżowego starcia na terenie rywala. Brondby wydaje się być zespołem w zasięgu Lechii. Łatwo jednak nie będzie. Analizując bieżącą formę i postawę obu drużyn w pierwszym meczu można dojść do wniosku, że Gdańszczanom awans umożliwi kilka czynników. Oto niektóre z nich:

Strzelenie bramki na 0:1

Banał? Rzecz oczywista? Nie do końca. Zwrócić uwagę należy na jedną zasadniczą rzecz. Jeśli podopieczni Piotra Stokowca otwierają wynik meczu, to w zdecydowanej większości przypadków schodzą z murawy zwycięzcy. Pod wodzą obecnego szkoleniowca Gdańszczanie 32 razy pierwsi strzelali bramkę i aż 25 razy dało im to wygraną. Lechia Stokowca nie przyzwyczaiła nas do roztrwaniania przewagi. Dotychczas jedynie 4 razy przeciwnikowi udało się uzyskać remis i zaledwie 3 razy wygrać. To pokazuje jasno, że Lechia jest odpowiednio przygotowana mentalnie i dobrze zorganizowana w defensywie. Strzelenie gola, wprowadzenie spokoju w grze i zabezpieczenie tyłów to klucz do zwycięstwa w przypadku Gdańszczan. Nie inaczej było zresztą w miniony czwartek. Lechia otworzyła wynik meczu i zeszła z murawy jako triumfator. Nie pomogła Brondby wyrównująca bramka.

Nieco inaczej sytuacja prezentuje się, gdy to przeciwnik otwiera rezultat spotkania. Pod wodzą Stokowca piłkarze z Gdańska 18 razy tracili bramkę jako pierwsi. 8 razy udało się odwrócić losy meczu, uzyskując prowadzenie lub doprowadzając do remisu. 10 razy Lechia musiała uznać wyższość rywali. Zaznaczyć jednak należy fakt, że 5 spośród 10 wspomnianych porażek Lechia zaliczyła w okresie pierwszych tygodni pracy Stokowca. Obecny szkoleniowiec zaczynał przygodę z gdańskim klubem w trakcie sezonu. Od momentu pierwszego w pełni przepracowanego okresu przygotowawczego jego piłkarze zaliczyli wyraźny progres w odrabianiu strat.

Umiejętność grania na wyjazdach

Mówi się, że zespół Brondby jest znacznie groźniejszy na własnym podwórku niż na wyjazdach. Gdy spojrzymy na bilans bieżącego sezonu to trudno się z tym nie zgodzić. Rywale Lechii zagrali dotychczas trzy mecze u siebie i odnieśli komplet zwycięstw. Jednak czy są to wygrane, które rzucają na kolana? Na początku Brondby pokonało u siebie znacznie niżej notowany fiński Inter Turku 4:1. Następnie ograło 3:0 outsidera ligi duńskiej, jakim jest Silkeborg. W miniony weekend Brondby po zaciętym boju ograło Odense, które w ubiegłym sezonie uplasowało się na podium ligowej tabeli. Zwycięstwa są, ale styl nie porywa. Wygrana z Odense przyszła z trudem, głównie przez błędy w defensywie.

Jak prezentuje się Lechia poza własną murawą? Pod wodzą obecnego szkoleniowca Gdańszczanie potrafili triumfować w wielu ważnych meczach. Były wygrane derby z Arką Gdynia, był wygrany półfinał Pucharu Polski ze znakomitym Rakowem Częstochowa, było przełamanie 52-letniej passy bez wygranej z Lechem na jego stadionie. Do tego dorzucić można zwycięstwo z Jagiellonią na Stadionie Narodowym i triumf nad Piastem w spotkaniu o Superpuchar Polski. O tym, że Lechia potrafi grać na wyjazdach świadczy zeszłoroczna edycja Pucharu Polski. Gdańszczanie wywalczyli to trofeum nie rozgrywając żadnego meczu na własnym stadionie.

Odkąd Piotr Stokowiec zasiada na ławce trenerskiej Lechii, jego podopieczni 30 razy grali na wyjazdach, wygrywając 14 meczów, 7 razy remisując i 9 razy przegrywając. Poza Gdańskiem wiodło się raz lepiej, raz gorzej, ale Lechia nieraz pokazała, że potrafi być groźna.

Gra blisko przeciwnika

Rywale Lechii mają niezwykle ofensywny styl gry. Z łatwością, przy pomocy kilku podań, potrafią przerzucić piłkę ze środkowej strefy boiska i znaleźć się pod bramką przeciwnika. Tempo akcji potrafi być dynamiczne. Jednak jest jeden warunek. Zawodnicy Brondby potrzebują do tego wolnej przestrzeni. Widać to było zresztą podczas pierwszego meczu w Gdańsku. Piłkarze z Danii nie stwarzali sobie tylu dogodnych sytuacji, co Lechia, ale jeśli już znajdowali się pod bramką gospodarzy to atakowali bardzo konkretnie – a to strzał Hedlunda nad bramką po rzucie rożnym, a to dwójkowa akcja Vigena i Wilczka zakończona interwencją Kuciaka, a to próba wykorzystania nieporozumienia Augustyna z Kuciakiem przez Wilczka, a to trójkowa akcja Radosevica, Kaisera i Hedlunda, po której padła bramka.. Oddanie kilku wolnych metrów piłkarzom Brondby może być dla Lechii zabójcze.

Aby temu wszystkiemu zapobiec konieczne będzie stosowanie wysokiego pressingu. W pierwszym meczu ten styl doskonale się sprawdzał. Gracze z Danii wielokrotnie gubili się, gdy mieli blisko siebie zawodników z Gdańska. Kończyło się to często stratami i niedokładnymi podaniami. Radosević, Kaiser i Vigen mieli wyraźny problem z rozwinięciem skrzydeł, gdy w tym samym momencie dopadali do nich Łukasik, Kubicki i Lipski. Środkowi pomocnicy Brondby próbowali na różne sposoby neutralizować napieranie rywala. Niekiedy przerzucali piłkę na skrzydła, ale tam Hedlund miał problem z przejściem Mladenovica, a Tibbling kompletnie nie radził sobie z Filą. Stosowano też wrzutki na Kamila Wilczka, ale ten regularnie przegrywał główkowy pojedynek z Michałem Nalepą. Niekiedy posyłano też długie piłki w pole karne, ale przeważnie dopadał do nich Augustyn. Nerwowo też prezentowała się obrona. Mensah i Jung niechętnie włączali się w akcje ofensywne. Arajuuri miał problemy z wyprowadzeniem piłki. Z kolei u Hermannssona widoczna była nerwowość, skutkująca szybkim pozbywaniem się futbolówki.

Patrząc na pierwszy mecz, do Brondby idealnie pasowały słowa Kazimierza Górskiego – Tak się gra, jak przeciwnik pozwala. Na ile tym razem pozwoli Lechia?

Lepsza skuteczność

W pierwszym meczu, poza bardzo skutecznym wymuszaniu presji na rywalu, w oczy rzucał się jeszcze jeden element związany z grą Lechii – masa zmarnowanych akcji. Gdańszczanie bardzo dobrze wyglądali w grze ofensywnej. Można było podziwiać indywidualne rajdy Fili i Mladenovica, udane dryblingi Kubickiego i Lipskiego, celne wrzutki Udovicica i Peszki, skuteczną grę na jeden kontakt Łukasika czy umiejętne gubienie krycia Arajuuriego przez Flavio Paixao. Nie dało się jednak oklaskiwać wykończenia. Sytuacje raz po raz marnowali a to Nalepa, a to Paixao, a to Sobiech, a to Fila, a to Haraslin. W sumie 20 oddanych strzałów Lechii przy 9 uderzeniach Brondby. Końcowy wynik to zaledwie 2:1. Tak licznych okazji do zdobycia gola nie można marnować, zwłaszcza że Brondby dysponuje niepewną i skłonną do błędów defensywą. Wspomniano już wcześniej, że Duńczykom wystarczy parę metrów wolnej przestrzeni, by przeprowadzić szybką i składną akcję pod bramkę rywala. Nadmierna nieskuteczność może owocować tym, że to Brondby zdobędzie tego jednego gola więcej.

Zmęczenie rywala

Bieżący sezon jest dotychczas znacznie bardziej intensywny dla zawodników Brondby niż dla graczy Lechii. Piłkarze z Danii przez 2 i pół tygodnia rozegrali aż 6 meczów. Część zawodników była obecna na murawie w każdym spotkaniu. Niemal w tym samym czasie Lechia zdołała zagrać 4 mecze. Można zatem przypuszczać, że Gdańszczanie będą bardziej zregenerowani na najbliższe spotkanie. Pomóc w tym powinny również liczne rotacje, jakich dopuszcza się trener Piotr Stokowiec. Podczas niedzielnego spotkania z Wisłą Kraków szkoleniowiec Lechii dał odpocząć: Kuciakowi, Mladenovicowi, Augustynowi, Fili, Łukasikowi i Lipskiemu. W niepełnym wymiarze czasowym zagrali z kolei Kubicki, Haraslin, Paixao i Peszko.

Większa regularność występów zawodników Brondby może sprawić, że w końcu zmęczenie da się we znaki. Zresztą, porównajmy sobie minuty spędzone na murawie w przypadku piłkarzy obu zespołów.

Brondby:
•540 minut
– Schwabe, Jung, Hermannsson,
•534 minuty – Kaiser
•482 minuty – Wilczek
•471 minut – Radosević
•448 minut – Tibbling

Lechia:
•314 minut
– Kubicki
•272 minuty – Nalepa
•270 minut – Kuciak, Fila, Łukasik
•268 minut
– Mledenović
•255 minut – Haraslin

Różnice są i to spore. Lechia nie ma prawa narzekać na intensywność i zmęczenie, gdyż jej piłkarze mają za sobą znacznie mniej wysiłku. Zaoszczędzone pokłady sił trzeba wykorzystać.

Awans do następnej rundy kwalifikacyjnej Ligi Europy byłby dla Lechii sporym wydarzeniem. W zeszłym tygodniu podopieczni Piotra Stokoca pokazali, że zespół Brondby jest w ich zasięgu. Przed samym rewanżu powodów do optymizmu nie brakuje. Jak będzie tym razem? Przekonamy się już w najbliższy czwartek.


Marek Wilczewski

@MarekWilczewsk2

Komentarze