Extra

Race i kibice

Łukasz Karpiak @Karpiukutno

Fot: Kruczek89 CC 3.0

Tagi

Od wielu lat narzekamy na frekwencję na polskich stadionach. Nie ma co się dziwić – w zestawieniu chociażby z Belgią, czy nawet z II Bundesligą, nie wyglądamy dobrze. W pomysłach jak zachęcić ludzi do oglądania meczów przekrzykują się kibice, którzy rozumieją, że im większa widownia, tym więcej pieniędzy będzie miał ich klub. Niestety, czytając wnioski niektórych dziennikarzy, można dojść do wniosku, że głównym problemem frekwencyjnym są… kibice.

Gdybym nie interesował się piłką i przeczytał kilka komentarzy niektórych dziennikarzy, to doszedłbym do wniosku, że stadion to nie jest najbezpieczniejsze miejsce na ziemi - latają tam race, co chwilę na stadionach są awantury, między krzesełkami przechodzi stado gangsterów terroryzujących matki z dzieckiem. Szczerze – nie jest to reklama zachęcająca do przyjścia na stadion. Bardziej wygląda to na zachętę typu: po tym posiłku dostaniesz tak bolesnej obstrukcji, że oczy wywiną Ci się na drugą stronę, ale muszę pisać o tej restauracji, więc zrelacjonuje Ci weekendową imprezę, jaka się odbyła w tym lokalu. I tak szczerze mówiąc, sam fakt, że mogę dostać obstrukcji sprawia, że nie miałbym ochoty dalej czytać o tej jadłodajni. Podobnie jest z polską ligą – gdy przeciętny „Kowalski” poczyta o tych wszystkich racach, gangsterach, to później już go nie interesuje to, co się dzieje na boisku – bo i dlaczego miałoby interesować, skoro i tak nie pójdzie na stadion z lęku o własne zdrowie. Lepiej włączyć kabaret, w którym jedna opcja polityczna suchymi żartami częstuje drugą opcję.

Ci sami dziennikarze starają się walczyć z brakiem frekwencji (do którego również się przyczynili, w małym stopniu, ale jednak), wskazując jako przykład Anglię, z której polscy kibice powinni brać przykład. Przecież w Anglii nie ma rac, kibice się nie biją na stadionach (ale pod pubami to owszem), na stadionie nie ma wulgaryzmów.

Nie ma?

Zastanawiam się, skąd jest to przeświadczenie, że na stadionach w Anglii ten doping jest tak bardzo kulturalny. Ba, mam wrażenie, że te same osoby, które teraz tak chwalą doping angielskich kibiców, usłyszały z ust polskich te same piosenki, tyle że w naszym ojczystym języku, rozpoczęłyby krucjatę przeciwko brakom kultury i ogłady na trybunach. No bo przecież „Mówiła nie, mówiła nie, Robin mówiła nie. Jesteś ku..em, jesteś ku...em, Robin, jesteś ku..em” nie należy do typowej piosenki śpiewanej przez różnych sirów i lordów. A tak właśnie przez długie minuty kibice Arsenalu obwieszczali swoje uczucia do Robina Van Persiego, gdy ten odszedł do Manchesteru United.

Mało? To teraz może piosenka Liverpoolu do kibiców Manchesteru?

„Kto płacze na pasie startowym,
Kto gra na śniegu?
To Busby i jego chłopcy.
Robią głośny pier...ny hałas
Bo nie mogą odlecieć samolotem”.

Albo pieśń śpiewana przez kibiców innych drużyn na Fulhamie:

„To jest Prezes Fulham
Jego syn zmarł
Nie ma paszportu
nazywa się Al-Fayed”

Co jeszcze znajdziemy? Naśmiewanie się z zawału Gerarda Houlier’a, pytanie czy „Harold Shipman zabił Twoją mamę”, wszystko okraszone fuckami, dickami, cuntami, etc. Nie, doping angielski nie jest kulturalny. Owszem, mają wiele pieśni, po których człowiek mimowolnie się uśmiechnie, ale jest to doping tak samo brudny, jak i u nas – wulgarne pieśni mieszają się z normalnymi.

Zastanawiam się, skąd ten pociąg do angielskiego klimatu? Nie ma chyba nic, co by nas łączyło z Anglikami pod względem zachowania, czy po prostu mentalności. Mam wrażenie, że jedynym wyznacznikiem jest – tam nie rac, ale są pełne trybuny. Pytanie, co z tego, skoro Niemcy, którym do nas bliżej niż Anglikom, nie boją się odpalać pirotechniki, a i tak zazwyczaj są tam pełne trybuny?

W sumie nigdy nie dostałem odpowiedzi na pytanie – czemu Anglia, a nie Niemcy. W Niemczech są wydzielone trybuny dla osób dopingujących, są race, flagi akceptowane przez stowarzyszenia kibiców a na frekwencję tam nie narzekają. W Belgii tak samo odpalana jest pirotechnika, również w Holandii, Francji, Czechach – w tych krajach nie narzeka się na frekwencję (a jak się to robi, to łączy się to z poziomem spotkań, a nie racami). Może warto usiąść i zastanowić się – ej, te race nie są złe (pod warunkiem, że kilku kretynów nie strzela nimi z rakietnic w innych kibiców)? Ba, zdecydowanej większości kibiców race się… podobają. Ładna oprawa z racami zawsze ma w sobie to „coś” co sprawia, że zwykli kibice, VIPy (Jak choćby Donald Tusk podczas ostatniego finału Pucharu Polski) z zapałem fotografują prace ultrasów połączoną z pirotechniką.

Tak samo jest zresztą z piłkarzami. Jedna z pań pracujących w stacji Canal+ powiedziała, że piłkarze nie lubią pirotechniki. Jednak wchodząc na ich Instagram i widząc zdjęcia opraw z serduszkami, „bickami” i innymi emotkami, śmiem twierdzić, że jest inaczej.

Zostawmy proszę tę Anglię, bo równie dobrze można próbować w Ameryce Południowej wprowadzić angielski model dopingu (podpowiem, nie uda się). Inna mentalność, inny sposób przeżywania spotkania. Tyle.

Przeglądam często zagraniczne media, zwłaszcza po różnych bójkach, haniebnych śpiewach kibiców z innych krajów. Porównuje sobie to, co się dzieje w Polsce, gdy podobne rzeczy widzimy na naszym podwórku. Mam wrażenie, że zagraniczne media (a zwłaszcza sportowe), wiedzą, że nagłaśnianie pewnych akcji, może wpłynąć na odbiór ligi i co za tym idzie – ich pracę. Krótko mówiąc, o rzeczach, z których mam chleb, staram się pisać na tyle dobrze, by jak najwięcej osób chciało czytać moje rzeczy. Serio, w zagranicznych mediach nie rozpisują się o bijatykach, ustawkach, jakichś haniebnych pieśniach typu „Sieg Heil” śpiewaną przez kibiców reprezentacji Niemiec, ale się informuje. Informuje o incydentach – Kibice St. Pauli i Hamburgu pobili się na pod pubem – incydent przed meczem. Kibice Borussii zostali zatrzymani, gdy jechali na ustawkę – udało się uniknąć incydentu. W Luksemburgu miała miejsce pierwsza od kilkunastu lat awantura, która była tak duża, że przeniosła się na ulice miasta – incydent przeniósł się poza stadion, dzięki czemu kibice mogli oglądać mecz. Raz, że są odpowiednie służby, które interweniują w takich sprawach, a dwa nie robi się czarnego PR. Żadne blogerki luksemburskie, niemieckie nie rozpisują się o agresji kibiców, bo to sprawa policji, dziennikarze starają się skupić na pozytywach, tak by jeszcze zwiększyć zainteresowanie ligą. A u nas – „Stary nie idź, race są. Na zachodzie sobie z tym poradzili (nie), a u nas jak w lesie”.

Wyda wam się to dziwne, ale wierzcie mi – w pracy nie raz spotkałem się z sytuacją, gdy słyszałem pytanie „Nie boisz się jeździć na mecze?”. Mimo moich tłumaczeń, że pierwszy mecz zaliczyłem ćwierć wieku temu i od tamtej pory ani razu nie miałem sytuacji „kryzysowej” z kibicami innych klubów (zarówno mecze domowe, jak i wyjazdy), to i tak w odpowiedzi usłyszę „Ale w mediach trąbią o bandytach na stadionach”. I tego argumentu nie da się przeskoczyć, bo media „trąbią”.

Ale w sumie nie tylko media sportowe trąbią. Łódzka gazeta wyborcza napisała jakiś czas temu artykuł o „powiązanej z kibicami Widzewa” mafii narkotykowej, jeszcze wcześniej „powiązani z kibicami drużyn krakowskich” przemytnicy emigrantów wpadli na granicy. „Powiązani z kibicami GKS-u Katowice” napadli jakiś sklep. Zawsze jak są zatrzymywani jacyś przestępcy, zwyrodnialcy, czy też idioci, do artykułu dorzuca się to „powiązani”, jakby to miało jakikolwiek wpływ na sprawę. Zatrzymano bandytę i już – nieważne czy był powiązany z jakąś grupą społeczną, czy też nie. Niestety, kibice się klikają, więc łatwiej dorzucić jakiś klub sportowy niż „powiązany z kompleksem kin x”, bo jakiś handlarz prochów nie licząc biletu na mecz miał przy sobie również kartę unlimited. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie walczą z tym kluby, dziennikarze sportowi, tylko kibice – piszą, wytykają nieścisłości redakcjom, ale nie oszukujmy się, nic to nie daje. Jedyną akcją, którą kibice „wygrali”, była ta z zabitym psem przez jakiegoś zwyrodnialca, gdy serwis internetowy dał tytuł „Kibic Legii zabił brutalnie psa”. A kibicem Legii został nazwany, bo na jednym ze zdjęć, miał zdjęcie w koszulce Legii. Miał też zdjęcie z motorem, ale nikt nie wpadł na to, by napisać „Pasjonat motorów zabił brutalnie psa”.

W takich momentach dziennikarze powinni reagować, bo inne media, wiedząc, że kibic zawsze się kliknie, zabierają im chleb – zmniejszają zainteresowanie polską ligą. Zresztą, przebywając na meczach, wśród kibiców sami wiedzą, że stadion to przekrój całego społeczeństwa. "Pod Zegarem" spotykałem zarówno prawników, lekarzy, robotników, pracowników Banku, bezrobotnych. Były tam osoby, których nie chciałbym spotkań w ciemnej uliczce, jak i osoby, których wiedza była przeogromna. I mimo tych różnic, stali i dopingowali, używali wulgaryzmów, świętowali zwycięstwa i smucili się po porażkach. Mówienie, że stadion opanowali bandyci to bzdura. Po prostu nie mówi się — Prawnik, powiązany z kibicami Pogoni Szczecin. Bo po co. Tak samo powinno być z przestępcami. Diler x. Koniec.

Żeby nie było – kibice mają też za uszami. Derby Krakowa pod względem dopingu są straszne – piosenek o „Człowieku” nie da się słuchać, walka na to, kto komu więcej „dusz” zabrał, jest czymś nagannym. Dodatkowo, zamiast udowadniać, że race są bezpieczne, to kibice pokazują, że nie są, jeżeli trzymają je kretyni. Pamiętam moją złość na kibiców Arki, że strzelali po spotkaniu na Narodowym z rakietnic w kierunku kibiców Legii, choć właśnie trwała bardzo dobra akcja „Nic o nas bez nas”. Zamiast Against Modern Ultras wyszło Against Modern Mózg.

Wracając jeszcze do rac – redakcje też powinny ustalić wspólną wersję, co potwierdziła ostatnio Interia. Gdy kibice klubów zachodnich odpalają pirotechnikę, to możemy przeczytać o wspaniałej zabawie kibiców, pokazie świetlnym. Gdy to samo robią polscy fani to czytamy o kibolach, pseudokibicach i niepotrzebnym przerywaniu spotkań. A czym się różni odpalenie racy u jednych i drugim wiedzą sami autorzy tekstów.

Oczywiście, żeby nie było, dziennikarze nie są głównymi winowajcami słabej frekwencji. Brak działań marketingowych przez kluby, ceny biletów nieadekwatne do poziomu widowisk a co najważniejsze – słabi piłkarze. Niestety, mecz to dla części kibiców to zwykła usługa taka jak wyjście do kina czy teatru. Oczekują czegoś więcej niż kopania się po głowie. Może, zamiast szukać problemu wśród tych, którzy chodzą mimo wszystko na mecze i dbają o atmosferę na stadionie, warto zapytać klubowych działaczy – co zrobiliście w ciągu ostatnich trzech lat, by ściągnąć na stadion kibiców – pamiętając, że nowy stadion nie liczy się jako „coś zrobione”. I nie twórzmy czarnego PR pójścia na mecz – no, chyba że ktoś lubi sobie utrudniać życie.


Łukasz Karpiak

@Karpiukutno

Widzew, Football Manager, Ryby, Piłka nożna. Czasami coś napiszę #1z10 http://Pilkakarpia.pl http://WidzewToMy.Net http://rtswidzew.pl ????

Komentarze