Ekstraklasa

Lechia zmienną jest

Marek Wilczewski @MarekWilczewsk2

Fot: własne, własne

Tagi

Wydawać się mogło, że w ostatnich tygodniach Lechia Gdańsk, w końcu złapała pożądany rytm. Podopieczni Piotra Stokowca, po dość przeciętnym początku sezonu, wkroczyli na zwycięską ścieżkę, notując cztery z rzędu ligowe zwycięstwa i awans do 1/16 finału Pucharu Polski. Dobra forma biało-zielonych skutkowała awansem na 3. miejsce w tabeli Ekstraklasy. Gdańszczanie, przy niekorzystnych wynikach Pogoni i Cracovii, mieli nawet okazję na objęcie pozycji lidera najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Tej szansy jednak nie wykorzystali.

Zwycięski szlak i wykolejenie na ostatniej prostej

Przy podsumowaniu formy Lechii w momencie pierwszej sezonowej przerwy na mecze reprezentacyjne można było mówić o pewnym niedosycie w Gdańsku. Po 7. kolejce Ekstraklasy podopieczni Piotra Stokowca zajmowali 9. miejsce w ligowej tabeli, ze stratą 5 punktów do liderującego Śląska. Na chwilę obecną Lechia plasuje się na ostatnim szczeblu podium, mając na koncie 2 punkty mniej od będącej na szczycie Pogoni Szczecin. Jest progres, ale mogło być lepiej. Gdańszczanie, mimo dobrej postawy w ostatnich tygodniach, znowu mogą czuć niedosyt.

W okresie między zgrupowaniami kadr narodowych Lechia zagrała 5 meczów. Cztery z nich odbywały się na szczeblu Ekstraklasy, a jeden w ramach rozgrywek Pucharu Polski. Bilans biało-zielonych to 4 zwycięstwa i 1 porażka. Jedynym pogromcą zespołu z Trójmiasta okazało się Zagłębie Lubin. Poza tym, postawa Lechii mogła podobać się kibicom, gdyż udało jej się pokonać takie zespoły jak Lech Poznań i Legia Warszawa. Tego typu triumfy na polskim podwórku zawsze mocno cieszą.

Zróżnicowana postawa

Pięć ostatnich meczów Lechii to tak naprawdę pięć odmiennych postaw na murawie. Gdańszczanie zaprezentowali kilka różnych oblicz. Momentami wyglądało to lepiej, a niekiedy gorzej. Schemat jednak jest bez końca ten sam. Lechia po prostu dąży do uzyskania korzystnego dla siebie rezultatu. Styl to sprawa drugorzędna. W dalszym ciągu jest to „cierpliwy futbol”, polegający na szukaniu swoich okazji i jednoczesnym hamowaniu zapędów przeciwnika. Nie jest to dobre widowisko dla miłośników meczów o szybkim tempie z dużą liczbą okazji podbramkowych. Tacy powinni omijać spotkania Lechii szerokim łukiem. Oferta ta raczej bardziej trafi do fanów „meczów walki” i koneserów typowo defensywnych założeń taktycznych.

W meczu z Lechem Poznań widzieliśmy Lechię, która od pierwszych minut dążyła do zdominowania przeciwnika. Bramki dla ekipy Stokowca zdobywali Peszko i Nalepa. Było 2:0. Jeszcze przed przerwą biało-zieloni mogli podwyższyć prowadzenie, ale zawodziła skuteczność. W najmniej oczekiwanym momencie doszło do utraty bramki po zaledwie jednej groźnej akcji Lecha. Wkradła się nerwowość. Lechia, zamiast uspokoić grę, musiała być wyczulona na wzmożone ataki rywala i za wszelką cenę bronić prowadzenia. Udało się, choć nie bez problemów, utrzymać korzystny rezultat. Lechia wygrywa 2:1.

Spotkanie z Koroną Kielce zaczęło się podobnie. Lechia wychodzi na murawę i próbuje dyktować warunki. Pada bramka na 1:0. Tym razem jednak Lechia nie panikuje. Mecz jest w pełni pod jej kontrolą. Zamiast się cofnąć, biało-zieloni idą naprzód. Pada drugi gol. Korona nie potrafi zaistnieć. Bardziej zanosiło się na podwyższenie prowadzenia przez Gdańszczan niż na wyrównanie. Lechia spokojnie wygrywa 2:0. Z pewnością był to najlepszy mecz z omawianego okresu.

Wyjazdowa potyczka z Gryfem Wejherowo miała być dla Lechii tylko formalnością. Piłkarze ze stolicy Pomorza jednak szybko zostali sprowadzeni na ziemię. Początek meczu i od razu pada otwierająca bramka dla Gryfu. Lechiści nie zdążyli się jeszcze otrząsnąć, a tu padł drugi gol. 2:0 po 5 minutach gry. Koszmar i nerwowość. Pada bramka na 3:0, ale sędzia odgwizduje spalonego. Co się dzieje?! Nie do wiary! Do przerwy wynik się nie zmienia. Po zamianie stron boiska Lechia rusza do odrabiania strat. Szybko padają dwa gole. Robi się remis. Potem bramkę dokłada Flavio Paixao i Lechia wygrywa 2:3. Gdańszczanie stali na granicy piekła, ale w porę się zawrócili.

Starcie z Legią Warszawa na jej stadionie był dla Lechii prawdziwym testem dojrzałości. I to od pierwszych minut. Ekipa Stokowca, mimo że lepiej weszła w mecz, dość szybko dała sobie wbić bramkę. Nie doszło jednak do zniechęcenia. Lechia zaczęła grać dużo przytomniej w obronie i szukała swoich szans. Mimo że defensywa Legii prezentowała się dość solidnie, Gdańszczanom udało się sforsować warszawskie mury obronne. Lechia wygrała spotkanie, chociaż nie stworzyła sobie zbyt wielu okazji strzeleckich. O wszystkim zdecydowała skuteczność i wykorzystywanie błędów przeciwnika. Biało-zieloni zrobili to wzorowo. Zasłużony triumf.

Konfrontacja z Zagłębiem Lubin była dla piłkarzy Lechii trzecim z rzędu spotkaniem, podczas którego dali oni sobie wbić bramkę już w pierwszych minutach gry. Ten mecz jednak różnił się od poprzednich. Dążenia do odrabiania strat na nic się zdawały. W zespole z Gdańska szczególnie zawodziły te jednostki, które ostatnimi czasy były często chwalone. Mało tego. Zagłębie nie zamierzało zwalniać tempa. Zamiast się cofnąć, szukało kolejnych szans na następnego gola. Z czasem w końcu się to udało. Było już 0:2. Lechiści postawili wszystko na jedną kartę. Wystarczyło to jedynie na kontaktowego gola. Zagłębie odniosło w pełni zasłużone zwycięstwo. Był to zdecydowanie najsłabszy mecz Lechii ze wszystkich wyżej wymienionych.

Pozytywy

Dusan Kuciak – Kogoś to dziwi? Słowak nie zwalnia tempa. Cały czas pokazuje, że jest nie do zastąpienia. Pewność i jakość w bramce Lechii. Niemal w każdym meczu popisuje się jakąś spektakularną interwencją. W spotkaniu z Lechem bronił strzały Tiby, Gytkjaera i Tomczyka. W meczu z Koroną powstrzymał Jukicia. W Warszawie niestraszne mu były uderzenia Nagy'a i Kante. Grając z Zagłębiem popisowo poradził sobie ze strzałem Guldana. W konfrontacji z ekipą z Lubina trudno go winić za wpuszczone gole. Przy pierwszej bramce był rykoszet. Przy drugim golu doszło do akcji sam na sam i Słowak odruchowo rzucił się w kierunku bliższego słupka. Kuciak nie musi brać na siebie ciężaru porażki.

Błażej Augustyn – Niesamowite jest to jak ten człowiek radzi sobie ma boiskach Ekstraklasy od czasu, gdy ster w Lechii przejął Piotr Stokowiec. W bieżącym sezonie, obok Artura Jędrzejczyka, wydaje się on być najlepszym stoperem w lidze. Niesłychanie pewny i twardo stąpający po ziemi. Gra zdecydowanie, ale nie brutalnie. Ma oczy dookoła głowy i niemalże zawsze uprzedza ruch przeciwnika. Oczywiście nie jest bezbłędny. W meczu z Lechem nie udało mu się odpowiednio upilnować Gytkjaera, co skutkowało utratą gola. W spotkaniu z Zagłębiem Lubin w bardzo pechowy sposób skierował piłkę do własnej bramki, przyczyniając się w znacznym stopniu do pierwszej ligowej porażki Lechii na własnym stadionie. Jednak mecze te, mimo popełnionych błędów, nie były wcale złe w wykonaniu Augustyna. Ciężko doszukać się w nich większej liczby wpadek. W konfrontacji z Zagłębiem Lubin częściowo odkupił swoje grzechy, wypracowując jedynego gola dla biało-zielonych (od jego wygranej główki w powietrzu rozpoczęła się akcja zakończona bramką Artura Sobiecha). Nie można mieć do niego większych pretensji. Zespół ma z jego gry naprawdę wiele korzyści.

Michał Nalepa – Pewność, klasa i profesjonalizm. Nalepa od dłuższego czasu jest w bardzo dobrej formie. Jego gra charakteryzuje się pełnym poświęceniem, co kosztowało go połamaniem nosa w meczu z Legią. Co ciekawe, po bolesnym starciu z Jose Kante Nalepa pozostał jeszcze przez parę minut na murawie i nawet zablokował jedną akcję „Wojskowych”! Niebywałe. Brak Nalepy w konfrontacji z Zagłębiem był wyraźnie odczuwalny. Z takim stoperem Lechia może osiągnąć wiele w tym sezonie.

Filip Mladenović – Serbska maszyna. Dla takich piłkarzy chodzi się na mecze Ekstraklasy. Mladenović jest nie tylko bardzo skuteczny na tyłach, ale również szalenie groźny z przodu. W meczu z Lechem miał udział przy dwóch bramkach dla Lechii. W spotkaniu z Koroną to on podawał do Gajosa, który zdobył otwierającego gola. Mladenović jest niczym dzikie zwierze, które kontroluje swój teren. A tym terenem jest cała lewa strona boiska. Jego brak w meczu z Lubinem był dość mocno widoczny. Może nawet nie tyle w działaniach defensywnych, bo Udovicić wywiązał się z nich całkiem nieźle, co właśnie w ciągu na bramkę przeciwnika. Nieprzewidywalność i niesamowite pokłady sił to elementy, których zdecydowanie brakowało.

Daniel Łukasik – Gość od brudnej roboty, którego wysiłek często nie jest dostrzelany na pierwszy rzut oka. Od dłuższego czasu jest to po prostu podpora Lechii w środku pola. Wygrywa niesłychanie dużą liczbę pojedynków z przeciwnikiem. Wprowadza spokój w grze. Nie boi się również brać na siebie ciężaru rozgrywania. Ostatnie kolejki wyraźnie pokazują, że Łukasik nie jest typowym przecinakiem z Ekstraklasy, tylko zawodnikiem, który potrafi zrobić pożytek z piłki, gdy ma ją przy nodze. Raz krótkie zagranie do najbliżej ustawionego kolegi, a kiedy indziej fantastyczny przerzut na skrzydło. W meczu z Legią miał 92% celnych podań, a w spotkaniu z Koroną było ich aż 97%! Oczywiście i on miał chwilę słabości. W starciu z Zagłębiem to po jego stracie padła druga bramka dla „Miedziowych”. Jednak nie można mu tego rozpamiętywać. W tym sezonie to kluczowy zawodnik układanki Stokowca.

Flavio Paixao – Posadzenie na ławce Portugalczyka naprawdę mu pomogło. Ostatnio nie grał za wiele, ale jak już pojawiał się na murawie to robił różnicę. Z Legią wszedł w 55. minucie meczu. Dużo walczył i angażował się w akcje ofensywne. Starał się jak najdłużej utrzymywać przy piłce, kradnąc przyjezdnym coraz to kolejne cenne minuty. W spotkaniu z Gryfem zdobył bramkę na wagę awansu. W meczu z Zagłębiem pojawił się przy stanie 0:2 i zaliczył asystę przy kontaktowej bramce. Rywalizacja w ataku w końcu się ożywia.

Maciej Gajos – Minęło już parę miesięcy od sprowadzenia środkowego pomocnika do Gdańska z Poznania, a co za tym idzie, czas na pierwsze oceny. Jak wypada Gajos? Nie jest to z pewnością zawodnik niezastąpiony. Jednak nie jest też żadną zapchajdziurą. Gajos nieźle wpasował się do układanki Stokowoca i potrafi dać coś od siebie. Całkiem dobrze radzi sobie w rozegraniu i podłączaniu się w akcje ofensywne. Umiejętnie posyła prostopadłe piłki przed siebie i rozciąga grę na skrzydła. Wie kiedy powędrować pod bramkę przeciwnika. Pokazał to w meczu z Koroną (gol na 1:0) i z Gryfem (gole na 2:1 i 2:2). Mógł zdobyć też bramkę po pięknej akcji w Warszawie, ale jego strzał głową wylądował prosto w rękach Majeckiego. Jest całkiem skuteczny w odbiorze. Zdecydowanie gorzej to wygląda w starciach 1 na 1, które często owocują stratami. W każdym meczu jest sporo lepszych i gorszych momentów z jego udziałem. Te lepsze jednak niekiedy miewają kluczowy skutek dla całego spotkania.

Artur Sobiech – Napastnika powinno rozliczać się z bramek, a tych Sobiech w tym sezonie za wiele nie ma. Jednak jego zadania nie ograniczają się wyłącznie do ładowania piłek do siatki rywali. Często się cofa i próbuje rozgrywać. Ściąga na siebie uwagę rywali, tworząc tym samym dostęp do bramki kolegom. Dużo się zastawia i walczy w powietrzu. Wystarczy mu tylko jeden kontakt, by zrobić pożytek dla drużyny. Pokazał to w meczach z Lechem i Legią, zaliczając dwie kapitalne asysty przy bramkach Peszki i Augustyna. Nieistotne, czy przyjdzie mu zagrać głową czy nogą. On wie co zrobić z piłką. W starciu z Zagłębiem popisał się wzorowym wykończeniem akcji. Czasami można odnieść wrażenie, że Sobiech jest po prostu osamotniony i nie ma z kim grać w ataku, przez co wydaje się być „niewidoczny”.

Rozczarowania

Żarko Udovicić – Wejście do Lechii miał niezłe. Z czasem jednak obniżył loty. Niekorzystnie zaprezentował się w meczu z Lechem, kiedy zmarnował dwie doskonałe sytuacje na podwyższenie wyniku. W spotkaniach z Koroną i Legią z jego akcji na skrzydle w zasadzie mało wynikało. Nieraz łatwo tracił piłkę, a jego podania nie zawsze docierały do adresata. W starciu z Zagłębiem bardzo dobrze zagrał w obronie, ale nie potrafił nic od siebie dać z przodu. W Sosnowcu był gwiazdą. Czy jednak jest w stanie tyle samo dać drużynie, która mierzy znacznie wyżej? Pozostaje przyglądać się dalej.

Lukas Haraslin – Słabe występy z elementami przebłysków. U Słowaka widoczna jest jakaś blokada, która uniemożliwia mu powrót do optymalnej formy. Należy go docenić za piękną bramkę w spotkaniu z Koroną czy długi wyrzut z auto przy golu Nalepy w Warszawie. Często jednak na pierwszy plan wysuwała się jego nieskuteczność. W meczach z Koroną i Legią potrafił sobie wypracować świetną okazję po udanym zwodzie, by chwilę później posłać piłkę wysoko w trybuny. Niezadowalająca jest również jego statystyka wygranych pojedynków. W meczu z Zagłębiem było ich zaledwie 23%..

Jarosław Kubicki – Widoczna jest pewna zniżka formy w porównaniu do początku sezonu. Kubicki wciąż najwięcej biega spośród wszystkich piłkarzy Lechii. Na wysokim poziomie utrzymywana jest statystyka celnych podań. W jego grze jednak wkradła się pewna nerwowość, choć zawsze był on raczej tym, który wprowadzał spokój. Kubicki nieraz zaliczył stratę i znacznie pogorszył swoją statystykę wygranych pojedynków. W Warszawie było ich tylko 18%.. Nie wyglądał też zbyt pewnie, gdy ustawiono go na stoperze w meczu z Legią. Kubicki nieraz zgubił krycie i miał problem z nadążeniem za rywalem. Tragedii nie było. Mogłoby być jednak lepiej.

Na chwilę obecną można w Lechii dostrzec zdecydowanie więcej pozytywów niż negatywów. Zespół Stokowca czeka jeszcze dużo pracy. Ostatnie mecze pokazały jednak, że można optymistycznie patrzeć w przyszłość.


Marek Wilczewski

@MarekWilczewsk2

Komentarze