Serie A

Grande Milik!

Szymon Trochowski @Trochooo

Fot: Napoli, Napoli

Tagi

Nie pomylę się, jeśli stwierdzę, że takie historię mają szanse na swoją ekranizację. Dotychczasowa przygoda tego zawodnika jest istną huśtawką nastrojów. Powiedzieć, że zobaczył w swojej krótkiej karierze prawie wszystko, to jakby nic nie powiedzieć. Jednak jest w nim coś, co przyciąga wielu kibiców nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Dokonania Arkadiusza Milika mogą być świadectwem dla młodych ludzi, że warto dążyć do celu za wszelką cenę…

Czyste szaleństwo

Przyszły napastnik SSC Napoli przychodzi na świat 28 lutego 1994r. w Tychach. Jak to w przypadku wielu późniejszych piłkarskich gwiazd, Arek już od wczesnych lat zaczyna kopać piłkę. Oficjalnie w wieku 6 lat zaczyna trenować w Rozwoju Katowice. Co ciekawe, dołączył do drużyny starszej o 3 lata. Trzeba podkreślić rolę, jaką pełnił jego pierwszy trener, Sławomir Mogilan. To jemu Milik zawdzięcza ukierunkowanie swojej początkowej przygody z piłką. Etapy juniorskie przebiegały tak dobrze, że o młodego Polaka zaczęły pytać coraz mocniejsze kluby. Najpierw pojawił się na testach w Górniku Zabrze, by potem otrzymać zaproszenie z Reading. Warto wspomnieć, że w Anglii wywarł takie wrażenie, iż przyjrzeć się jego talentowi pragnął również Tottenham Hotspur. Obleganie zawodnika nie przyniosło rezultatów w postaci transferu. Po powrocie do kraju zabiegała o piłkarza jeszcze Legia, lecz ostatecznie pozostał w macierzystym klubie. Właśnie w Rozwoju Katowice stawiał swoje pierwsze seniorskie kroki, trafiając nawet w swoim debiucie w 3 lidze. Jednak z takim potencjałem nie mógł rozegrać wielu spotkań na tym szczeblu rozgrywkowym.

Spełniać marzenia

Ostatecznie Arek Milik latem 2011 roku przeszedł do Górnika Zabrze. Ruch wydawał się przemyślany, gdyż zawodnikowi z niższej ligi polskiej nie byłoby łatwo przebić się w zagranicznym futbolu. Zaliczył całkiem niezłe wejście do najwyższej klasy rozgrywkowej. W pierwszym sezonie ustrzelił 4 bramki w 24 spotkaniach. Już wtedy przedstawił się szerszej publiczności. W tym samym czasie regularnie występował w reprezentacji do lat 19. Można było dostrzec pierwsze podobieństwa (nie ostatnie) do legendy Górnika Zabrze – Włodzimierza Lubańskiego. Jednak najlepsze czasy w Ekstraklasie miały dopiero nadejść w kolejnym sezonie. Milik w rundzie jesiennej wpisał się na listę strzelców siedmiokrotnie, notując przy tym dwie asysty. Niesamowity okazał się jego mecz z Podbeskidziem, w którym dwukrotnie, w piękny sposób pokonał bramkarza rywali. Wraz z nowym sezonem, piłkarz znalazł się w kadrze u-21. Zadebiutował w meczu z Rosją w Jekaterynburgu, gdzie Polacy pogrzebali swoje szanse na awans do ME, przegrywając 4:1. Milik występował w tamtym meczu m.in. z Mateuszem Klichem czy Łukaszem Skorupskim, z którymi aktualnie stanowi o sile pierwszej reprezentacji. Na okazję do gry w dorosłej drużynie narodowej nie czekał zbyt długo, gdyż już 12 października 2012 roku pojawił się na murawie w meczu z RPA, zmieniając w 58 minucie Adriana Mierzejewskiego. Debiut okazał się zwycięski, ale nie były to radosne czasy polskiej kadry. Na wyrazy uznania zasługuje fakt strzelenia pierwszego gola dla reprezentacji Polski. Miało to miejsce 14 grudnia 2012 roku przeciwko Macedonii, Milik dobił piłkę po strzale z karnego Szymona Pawłowskiego. Jednak najlepsze miało dopiero nadejść…

Nieudany początek

Po tak fantastycznej rundzie w klubie, zainteresowanie młodym napastnikiem stale rosło, najbardziej zdeterminowane były kluby z Bundesligi. Tak oto, piłkarz w zimowym oknie transferowym podpisał kontrakt z Bayerem Leverkusen. W samym superlatywach o Miliku wypowiadał się ówczesny dyrektor zarządzający klubem, Wolfgang Holzhauser:

„Udało nam się przekonać Arkadiusza Milika, mimo dużej konkurencji krajowej i międzynarodowej, do podpisania umowy z naszym klubem. Zawodnik ten mimo swojego młodego wieku jest już zaskakująco ukształtowany piłkarsko. Jesteśmy przekonani, że w Bayerze nadal będzie znacząco się rozwijał.”

Po takich słowach ciężko było przypuszczać, że coś pójdzie nie tak. Jednak przygoda w Leverkusen zakończyła się na zaledwie 55 minutach w Bundeslidze. Udało mu się zaliczyć jedną asystę. Sezon 2013/14 przyniósł nowe wyzwania, Milik na zasadzie wypożyczenie przenosi się do klubu FC Augsburg. Rudi Voeller zapewniał, że Arek wróci jeszcze do Bayeru i zrobi furorę. Na razie jednak wychowanek Rozwoju Katowice musiał skupić się na grze dla nowego klubu. Z grą nie było jednak tak łatwo. Polak tak naprawdę miał problemy z dłuższym przebiciem się do pierwszej jedenastki. Uzbierało się 6 takich występów, a łącznie 609 minut w samej Bundeslidze. Udało mu się dwa razy trafić do siatki, debiutanckiego gola strzelił w spotkaniu z Borussia Mönchengladbach. Powoli jego przygoda z niemieckim futbolem zmierzała do końca. Mimo wcześniejszych zapowiedzi działaczy Bayeru Leverkusen, Arkadiusz Milik nie znalazł uznania w klubie i coraz bliżej było jego ponownego odejścia…

Na ustach całego kraju

Początek lipca 2014 roku przyniósł nam informację, że 20-letni napastnik z Polski został wypożyczony do 4-krotnego zdobywcy LM. Brzmi cudownie, pomimo że marka Ajaxu w tamtejszych latach zaczynała słabnąć. Trafił do wymarzonego miejsca, by odbudować swoją formę. Eredevisie to liga idealnie skrojona dla obiecujących, perspektywicznych zawodników. Milik po raz pierwszy za granicą może poczuć grę, z czasem wywalcza sobie podstawowy skład i pokazuję swoją skuteczność. Równocześnie przeżywa niesamowite chwile z kadrą narodową. Polska odnosi historyczne zwycięstwo nad Niemcami, a Arkadiusz Milik strzela w tym meczu jedną bramkę. Gdy trzy dni później doprowadza do ważnego remisu nad Szkocją, zaczyna się medialny szum wokół piłkarza. Nic dziwnego, bo to właśnie jego niektórzy określają po raz pierwszy zbawcą tej kadry. Gra na dwójkę napastników (Milik – Lewandowski), o zgoła odmiennej charakteryzacji, przyniosła niesamowity sukces w postaci nie tylko zdobyczy punktowej, ale najbardziej efektownej gry reprezentacji w XXI wieku. Żaden duet snajperów w Europie nie mógł poszczycić się takimi statystykami bramkowymi w eliminacjach do ME. Docenić w tym miejscu trzeba ówczesnego selekcjonera – Adama Nawałkę, który tak jak w Górniku nie bał się postawić na Milika. Ten odpłacał mu się niemiłosiernie, notując serię czterech kolejnych meczów ze strzelonym golem. W Amsterdamie aklimatyzacja przebiegała tak dobrze, że zaczęło się coraz głośniej mówić o wykupieniu polskiego talentu z Bayeru Leverkusen. Włodarze Ajaxu zdawali sobie sprawę z jakim talentem mają do czynienia i jakie korzyści finansowe mogą osiągnąć w przyszłości ze sprzedaży gracza. Pod wielkim wrażeniem gry, sposobu bycia Milika był Denis Bergkamp, który odpowiadał za treningi strzeleckie w drużynie ze stolicy Holandii. Ten świetny czas zdawał się nie mieć końca. Polak w 34 występach w sezonie 14/15 zanotował 23 trafienia i 9 ostatnich podań. Kolejny sezon miał być przedłużeniem starej przygody i tak też się stało. Ajax oficjalnie ogłosił podpisanie zawodnika 1 kwietnia 2015 roku. Już nie było wielkich zaskoczeń, że Milik po raz kolejny zalicza kapitalne występy w klubowej drużynie czy też w reprezentacji. W obu przypadkach jego pozycja była na tyle ugruntowana, iż nie musiał martwić się o grę. Ten komfort pozwalał Arkowi wejść na wyższy poziom. Do końca rozgrywek bił się o mistrzostwo Holandii i tytuł króla strzelców ligi. Niestety nie udało się zdobyć żadnego z tych laurów. Ajax w ostatniej kolejce zaledwie zremisował z De Graafschap, przegrywając rywalizację o tytuł z PSV. Natomiast koronę króla strzelców wygrał Vincent Janssen, który strzelił 27 bramek (6 więcej niż Polak).

Sinusoida

Przed młodym napastnikiem była jednak największa dotychczasowa impreza w karierze, czyli Mistrzostwa Europy we Francji. Turniej, od którego rozpoczęło się dwojakie postrzeganie piłkarza urodzonego w Tychach. Polacy po świetnych eliminacjach zdawali sobie sprawę z własnego potencjału. Start czempionatu dla Arka był fantastyczny. Bramka z Irlandią Północną wyraźnie potwierdziła nadzieje narodu. Widać było u napastnika Ajaxu niezwykłą przydatność w grze defensywnej. Milik nie tylko potrafił uruchomić kolegów z przodu, lecz przede wszystkim podążał za rywalami daleko w głąb naszej strefy obronnej. Mecz z Niemcami rozpoczął falę krytyki, co do wychowanka Rozwoju Katowice. Zmarnowane okazję odbiły się szerokim echem w dyskusjach domowych czy internetowych. Jednak jeszcze nikt wtedy nie bił na alarm, gdyż Polacy osiągnęli remis z drużyną mistrzów świata. Nadszarpnięty wizerunek nie pomagał zawodnikowi w kolejnych spotkaniach, lecz dalej trzeba było potwierdzić jego niesamowitą rolę dla polskiej defensywy. Utrzymał nerwy na wodzy, gdy dwa razy w turnieju podchodził do serii jedenastek. Najpierw we zwycięskim boju ze Szwajcarami, gdzie trafił po rękach bramkarza. W następnej fazie miał okazję do powtórzenia wyczynu, lecz tym razem jeszcze pewniej pokonał goalkeepera Portugalii – Rui Patricio. Dla wielu części rodaków zawodnik nie spełnił pokładanych w niego nadziei. Trudno jednak było oczekiwać, że Milik zrobi coś więcej, niż uczynił. Krytyka stawała się skrajnie przesadzona, powstały przeróżne żarty czy kompilacje nieudanych zagrań. Zapominano w tym wszystkim o całościowej ocenie zawodnika, nie tylko przez pryzmat niewykorzystanych kilku sytuacji…

Pech

Całkowitym zaprzeczeniem popularnej w Polsce negatywnej opinii, co do jeszcze przecież młodego snajpera, było zainteresowanie usługami Arka przez klub SSC Napoli. 1 sierpnia 2016 roku zainteresowanie przerodziło się w transfer definitywny. Neapolitańczycy zapłacili ok. 32 mln euro, co było ówczesną rekordową sumą wydaną na polskiego zawodnika. Milik przyszedł, by zastąpić Gonzalo Higuaina, który powędrował do największego rywala drużyny spod Wezuwiusza, czyli Juventusu. Wejście do drużyny miał znakomite, strzelając w swoich pierwszych 5 meczach aż 6 bramek. Trafiał dwukrotnie w spotkaniu z Milanem, Bologną, czy też chociażby w Lidze Mistrzów przeciwko Dinamo Kijów. Nikt nie spodziewał się tak dobrej formy Polaka, który stawał się ulubieńcem kibiców spod Wezuwiusza. Gdy w Polsce dalej pamiętano mu turniej Euro, we Włoszech zapominano o swoim byłym już zawodniku – Gonzalo Higuainie. Najgorsze niestety miało przyjść wraz z październikową przerwę na reprezentację. Arek Milik w pierwszej połowie meczu z Danią zrywa więzadło krzyżowe przednie w lewym kolanie. Diagnoza dramatyczna, wielu sportowcom taka kontuzja niszczy zawodową karierę. Początkowo liczono, że jest to tylko naderwanie, napastnik Napoli nawet dotrwał do końca pierwszej części gry, lecz w szatni zdecydowano o zmianie. Z całego świata płynęły życzenia zdrowia, słowa otuchy. Powstał krótki filmik ze wsparciem od kolegów z reprezentacji. Coś w tym momencie pękło, możemy stwierdzić, że kontuzja Arka wymusiła całkowitą zmianę systemu gry polskiej drużyny narodowej. W Neapolu natomiast swoją motywację przekazywał sam Diego Armando Maradona, który zdawał sobie sprawę z dramatu piłkarza. Najczęstszym przykładem radzenia sobie z podobnymi urazami była postać brazylijskiego Ronaldo. Wierzono, że tak jak on, Milik podniesie się po tej kontuzji…

Zbyt szybko?

Mijały dni, tygodnie, miesiące, nasz napastnik pracował ciężko na powrót na boisko. Rehabilitacja przebiegała zgodnie z planem. W tym czasie często słyszeliśmy o pracy Arka na siłowni czy basenie, by wzmocnić uszkodzoną nogę. Media, szczególnie te włoskie prześcigały się o datę ponownego pojawienia się piłkarza w protokole meczowym. Według większości tamtejszych ekspertów, mówiono o bardzo szybkich postępach zawodnika. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Nadeszła wymarzona chwila, Milik 19 lutego 2017 roku wchodzi na boisko w meczu z Chievo. Jeszcze większa radość spotyka go, gdy trafia pierwszy raz od czasu kontuzji, w meczu z Sassuolo. Jednak jak można było się domyśleć, Arek w ówczesnym sezonie, wchodził na końcówki spotkań. Kluczowy miał być następny sezon, do którego podchodził w pełni przygotowany. Już na otwarcie strzelił bramkę z Hellasem, lecz w kolejnych meczach nie grywał lub zaliczał niewielkie minuty. Trafił jeszcze w spotkaniu z Szachtarem w Lidze Mistrzów, jednak nie udało się wygrać tego spotkania. Widać było, że w tamtym czasie nie stanowił trzonu zespołu. W reprezentacji czekano na jego formę, by jak najszybciej przypomnieć całemu światu o świetnym duecie Milika i Lewandowskiego. Na to musieliśmy niestety poczekać. W meczu ze SPAL staje się kolejna, ogromna tragedia. Arkadiusz Milik w 89 minucie upada na murawę, łapiąc się za prawe kolano. Komentujący ten mecz Filip Kapica i Mateusz Święcicki przerażonym głosem informowali o zaistniałej sytuacji. Szczególnie wzruszającym momentem było ukazanie smutnego Driesa Mertensa – największego kolegę Arka z drużyny. Cały Neapol wstrzymał oddech. Brutalna diagnoza po raz kolejny miała zahamować rozwój piłkarza. Arek Milik doznał takiego samego urazu, co prawie rok temu, lecz tym razem ucierpiała prawa noga. Tak samo jak przy pierwszym urazie, z całego świata otrzymywał gesty wsparcia. Wyróżniającymi życzeniami zaskoczył wszystkich Alessandro Florenzi, który na swoim twitterze zamieścił wpis: "Spotkamy się na stadionie w Neapolu i wymienimy koszulkami. Dumni z naszej siły i silniejsi od naszego przeznaczenia. Mocno ściskam!" To pokazuję jaką renomą cieszył się Arek, stając się fundamentem klubu z Neapolu…

Radość i smutek

Tym razem media dyskutowały o odpowiedzialności za kontuzję gracza, czy nie za szybko powrócił do gry, czy jednak była to przypadkowa kontuzja? Zapominano często o samym dramacie piłkarza, który po raz kolejny stracił większość sezonu na leczenie urazu. Znów walczył o jak najszybszy powrót, pracując na siłowni czy basenie. Krok po kroku. Dzień w dzień. Czy się załamał? Jak widać historia pokazała, że o takim scenariuszu nie mogło być mowy. Jego nastawienie, charakterystyka pracy nie pozwalała mu wątpić w swoje umiejętności. Gdy pytany przez wielu dziennikarzy, czego mu życzyć, ten zawsze odpowiadał, że zdrowia. Miał rację, bo zdrowy Arek Milik to piłkarz o niesamowitym potencjale. Jednak najpierw potrzebne było odbudowanie się po kolejnym ciosie. Dzień powrotu na murawę przypadł na przegrany przez SSC Napoli mecz z AS Romą. Zawodnik wszedł na 15 minut. Na swojego gola czekał aż do spotkania z Chievo Verona, gdzie również pojawił się na boisku dopiero w drugiej połowie. Do końca sezonu ligowego trafił jeszcze trzykrotnie. Wszyscy w kraju liczyli, że pojedzie na mundial w pełni zdrów oraz formy. Jednak tak naprawdę zbyt dużo wymagaliśmy od Arka, który od czasu powrotu grywał niewiele. Każdy miał na uwadze, ile niesamowitej energii niósł podczas eliminacji do Mistrzostw Europy, jak i o tym, że tworzył zabójczy duet wraz z Robertem Lewandowskim. Turniej nie mógł potoczyć się dobrze, zabrakło minut. Fala krytyki, jaka wylała się po meczu otwarcia z Senegalem, była poniżej wszelkich norm. Uznano go winnym porażki. W raporcie wykonanym przez sztab szkoleniowy reprezentacji, otrzymał jedną z najniższych not, mimo że rozegrał tylko 73 minuty w pierwszym meczu. Społeczeństwo również nie kryło swojego niezadowolenia. Trudno nie zgodzić się z tym, że Milik zaliczył nieudany turniej, lecz wielu oczekiwało zbyt dużo w tak krótkim czasie po dwóch ciężkich kontuzjach…

Symbol walki

Kto jak nie on miał się podnieść po takim dramacie? Sezon 2018/19 był dla Milika czymś niesamowitym. Nikt nie mógł się spodziewać czegoś takiego. Po takich „nokdaunach” jakie przyjął w trakcie swojej kariery, niewielu przypuszczało, że wróci na światowy top. Z każdym kolejnym meczem upewniał w przekonaniu fanów, którzy wierzyli w jego umiejętności. Udowodnił swoją wartość w Neapolu, zdobywając rekordową ilość 20 bramek. Został oczywiście najlepszym strzelcem w klubowym rankingu. Stał się ekspertem od rzutów wolnych, trafiając trzy z siedmiu takich okazji w Serie A. Warto dodać, że była to największa ilość udanych prób w lidze. W Polsce za bardzo nie odczuwało się takiej euforii z jego trafień. Dla wielu wciąż był symbolem nieudanego mundialu. W dodatku na świat wypłynął Krzysztof Piątek, który skradł serca wielu rodakom. Milikowi nie brakowało również negatywnych wrażeń z tejże kampanii, oba związane były z Liverpoolem. Wracając z pierwszego meczu, piłkarz został zastraszany i zmuszony do oddania zegarka lokalnym przestępcom. W rewanżowym meczu miał piłkę meczową, która mogła zapewnić awans Napoli do kolejnej rundy. Nie udało się, lecz jego charakter nie pozwalał mu na rozpamiętywaniu tej okazji. Taki już jest to typ zawodnika. Niełatwo go czymś podłamać, wychodzi na boisko i pokazuje, że ma wiele atutów. Potwierdzeniem tych słów można ujrzeć w obecnym sezonie. Po początkowych problemach mięśniowych oraz słabszym występie w meczu z Genk, można się było martwić o dyspozycję Polaka, lecz niepotrzebnie. Milik wrócił do strzelania bramek w Serie A. Dodatkowo zapewnił drużynie narodowej awans na przyszłoroczne Mistrzostwa Europy, strzelając bramkę Macedonii Północnej. Kolejny raz historia zatacza koło. Znów o piłkarzu usłyszeć można pozytywne treści w mediach. Jego kariera to częste wzloty i upadki, lecz niezłomność w osiąganiu celu zaprowadziła go na taki poziom. Piłkarz o takim charakterze był skazany na sukces. Przecież mówimy o zawodniku SSC Napoli, czyli drugiej siły we włoskiej lidze. Pamiętamy także o jego statystykach reprezentacyjnych, a te są takie: 50 występów, 14 bramek oraz tyle samo asyst. Poruszamy wszakże temat osoby, która miała dwa poważne urazy w niecały rok, niszczące karierę wielu sportowcom. On się nigdy nie poddał, a najpiękniejsze w opisywanej historii jest to, że Arkadiusz Milik da nam na pewno jeszcze sporo radości…


Szymon Trochowski

@Trochooo

Pasjonat brytyjskiego, archaicznego futbolu, basketu zza oceanu oraz reszty ciekawych sportów CHELSEA & PORTLAND TRAIL BLAZERS & MILIK

Komentarze