Serie A

Jak duży będzie to krok?

Szymon Klauza @serekk77

Fot: ..., ...

Tagi

Sampdoria w obecnych rozgrywkach ma ogromne problemy. Drużyna nie potrafi wygrywać swoich spotkań i zupełnie utraciła swój blask. Mimo wszystko, w miniony weekend zdobyła arcyważne punkty z lokalnym rywalem. Derby Genui nie stały na wysokim poziomie pod względem piłkarskim, ale nie zmienia do faktu, że Linetty i spółka poczynili duży krok w kierunku wydostania się ze strefy spadkowej.

Niezrównoważony prezydent i jeszcze gorszy trener

Każdy kto choć trochę interesuje się włoską ekstraklasą, zna tego szalonego jegomościa. Mowa oczywiście o Massimo Ferrero. Włoch siedzi za sterami Sampdorii, ale ostatnio jakby przestał interesować się klubem. Latem jasno deklarował, że jest gotów sprzedać klub i zainwestować w Parmę. Do sprzedaży, mimo wszystko nie doszło i 68-latek pozostał na stanowisku.

Po odejściu Marco Giampaolo, w klubie pojawił się spory problem. Trzeba było obsadzić stanowisko trenera pierwszego zespołu. Wybór padł na byłego szkoleniowca Romy- Eusebio Di Francesco. W Rzymie z pewnością został zapamiętany po wyeliminowaniu Barcelony z Ligi Mistrzów i dojściem w tych rozgrywkach do półfinału. Niestety, kolejny sezon był gorszy i po przegranej w 1/8 finału Champions League z Porto, został zwolniony. W Genui miał odbudować po części swoje nazwisko i powalczyć z drużyną o europejskie puchary. Pomóc temu miały transfery w postaci choćby byłego pomocnika Udinese, Jakuba Jankto. Kadra wydawała się skompletowana, ale gdy przyszło co do czego, wyglądało to fatalnie. Pierwsze siedem kolejek przyniosło jedno zwycięstwo i aż siedem porażek! Taktyka dobrana przez byłego szkoleniowca Romy, nie przyniosła żadnych efektów. Piłkarze wyglądali jakby pierwszy raz grali w piłkę. Tabela była idealnym tego odzwierciedleniem. Sampdoria zarzuciła kotwicę na szarym dnie i trzeba było szybko reagować, aby nie doszło do katastrofy w postaci spadu z najwyżej klasy rozgrywkowej we Włoszech.

Płomyk nadziei

Claudio Ranieri po swojej pełnej wrażeń przygodzie z Leicester City, próbował ponownie zapukać do drzwi europejskiego futbolu. Zaczęło się od przygody z FC Nates, we Francji. Włoch długo tam miejsca, jednak nie zagrzał. Po jednym słabym sezonie został zwolniony. Po przygodzie z Kanarkami przyszedł czas na powrót do Anglii, a konkretnie do Fulham, zmagającym się z widmem spadku. Nadzieje były duże, wyszło tragicznie. Nieco ponad trzy miesiące, średnia punktów 0,71 na mecz i były Mistrz Anglii z hukiem wyleciał za burtę. Po Francji i Anglii powrócił do kraju skąd pochodzi. Z Romą podpisał kontrakt do końca sezonu, który nie został przedłużony. Brak awansu do Ligi Mistrzów to główny powód, który spowodował, że do dalszej współpracy nie doszło. I tak zleciał rok. Dla Włocha pełen nietrafnych decyzji. W trzech klubach mu podziękowano i wielu zaczęło wątpić w umiejętności 68-latka, ale ktoś zdecydował się wyciągnąć pomocną dłoń w jego kierunku.

Będąca w kryzysie Sampdoria, potrzebowała kogoś z doświadczeniem, trenera, który z marszu potrafiłby zdobyć kilka punktów w lidze i ugasić kilka pożarów. Wybór padł na Ranieriego. Po kilku nieudanych przygodach, było to dla niego idealne miejsce, gdzie mógłby obudować swoją renomę. W swoim debiucie musiał stawić czoło swojemu byłemu klubowi- AS Romie. Na Stadio Luigi Ferraris po słabym meczu, padł bezbramkowy remis, ale przynajmniej na konto Blucerchiatich wpadło jedno oczko. Kilka następnych kolejek przyniosło częściową poprawę. Podopieczni 68-latka nie wygrywali oczywiście spotkania za spotkaniem, ale między porażkami, zaczęły przeplatać się remisy i pojedyncze wygrane. Gwiazdka z nieba to nie była, ale tonący nawet brzytwy się chwyta, więc te kilka punktów, dały nadzieję, że nie wszystko stracone. Sporo optymizmu w serca fanów wlał też mecz z Cagliari. Wynik może na to nie wskazywał, ale na Sardynii, w meczu z rewelacją sezonu, Sampdoria zaprezentowała się naprawdę dobrze. Zawiodła obrona, która wypuściła wynik 3-1, ale przynajmniej podopieczni Ranieriego nawiązali równorzędną walką, obfitującą w emocje, do ostatniego gwizdka arbitra. Z pewnością, miło też było zobaczyć przełamującego się Fabio Quagliarele. Lider zespołu z północno-zachodniej części Włoch, wpisał się na listę strzelców dwukrotnie, kończąc tym samym serię jedenastu meczów z rzędu bez zdobytej bramki.

Co da wygrana w derbach?

Przed spotkaniem dwóch odwiecznych rywali atmosfera jest zawsze napięta, ale tym razem w grę wchodziło ewentualne wyjście ze strefy spadkowej. Żarty dla obu ekip się skończyły. Ewentualna porażka w tym meczu, mogła zapoczątkować kurs Genoa CFC albo Sampdorii do Serie B. W końcu dla kibiców Blucerchiatich, nadarzyła się okazja na rewanż za 2011 rok. Wtedy to ich ukochana drużyna spadła z Seria A, a fani byłej drużyny Krzysztofa Piątka, nosili trumny z nazwą klubu swojego wroga oraz przyklejali literki B na oknach swoich domów. Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, mecz zapowiadał się ciekawie, ale ze względu na formę obu ekip prestiż spotkania trochę zmalał.

Zgodnie z zapowiedziami, piłkarze dostarczyli nam wiele walki, ale mało jakości piłkarskiej. Samo spotkanie miało więcej przerw spowodowanych faulami, niż czystej gry. Nie zmienia to, jednak faktu, że zwycięsko z tej ”wojny” wyszła Sampdoria. Gol Gabbiadiniego (po asyście Karola Linettego) przypieczętował wygraną i zdobycie arcyważnych 3 punktów.

Wygrana z odwiecznym rywalem, na pewno da zastrzyk pewności siebie przed kolejnymi kolejkami, ale do wydostania się z kryzysu potrzeba jeszcze wiele. Na euforii po wygranej w derbach długo się nie pojedzie, ale z pewnością kibice mogą odetchnąć i zacierać ręce, bo sytuacja Genoa CFC robi się coraz gorsza.


Szymon Klauza

@serekk77

Najmłodszy w redakcji. Kibicuję Realowi Madryt i Liverpoolowi. Uwielbiam Premier League, La ligę oraz Bundesligę. Poza piłką wielki fan Remigiusza Mroza.

Komentarze