Premier League

O kryzysie Liverpoolu słów kilka.

Szymon Klauza @serekk77

Fot: Ben Sutherland CC 2.0

Tagi

W ostatnim czasie coś ewidentnie zacięło się w maszynie Kloppa. Rzecz naturalna. Każdy dobrze wiedział, że seria meczów z rzędu bez porażki prędzej czy później się zakończy. Wszystko się zgadza, ale czy naprawdę podnoszenie alarmu jest konieczne? Czy faktycznie mistrzostwo jest zagrożone? Zapraszam do lektury.

Kilka potyczek

W ostatnim czasie Liverpool odzwyczaił nas od porażek. Ostatnia miała miejsce w lidze mistrzów z Napoli. Czas pokazał jednak, że był to jedynie wypadek przy pracy. W Premier League sytuacja rozwijała się prawidłowo. The Reds kontynuowali swój marsz po pierwsze mistrzostwo w Premier League. Seria 18 wygranych meczów z rzędu robiła wrażenie. Wydawało się, że w tym sezonie faktycznie Liverpool ma szanse na zakończenie rozgrywek bez porażki. Nie ważne bowiem co by się działo na boisku, podopieczni Kloppa i tak kasowali 3 punkty. Coś jednak zaczęło się psuć od meczu z Norwich, gdzie dopiero w końcówce udało się zapewnić sobie pełną pulę. Z każdym kolejnym spotkaniem było coraz gorzej. Porażka z Atletico, wygrana po kłopotach z West Hamem, i kolejno dwie porażki z Watford i Chelsea w pucharze. Mecze z Atletico i Norwich wyglądały naprawdę słabo. Głównie w ofensywnie, bo tam Liverpool nie mógł znaleźć sposobu na przełamanie defensywy rywali. Trio Mane, Firmino, Salah się zacięło i nie był to dobry prognostyk przed kolejnymi spotkaniami.

Ustawienie

Ostatnie 4 spotkania mają ze sobą jedną wspólną cechę. Chodzi o ustawienie rywali. Atletico zagrało formacją 5-3-1, natomiast pozostałe drużyny zamieniły napastnika na jeszcze jednego obrońcę.

Źródło: zzapolowy
Źródło: zzapolowy
Źródło: zzapolowy

Liverpool w tych kilku spotkaniach(oprócz meczu z West Hamem) nie miał nic do powiedzenia w pobliżu szesnastki. Było tam po prostu za gęsto. Brakowało pomysłu na grę, nie wychodziły dośrodkowania. Żaden z ofensywnych zawodników nie mógł się odnaleźć na boisku. Obrona często była kontrowana, a Trent-Aleksander Arnold i Andrew Robertson nie przypominali samych siebie. Starali się grać co prawda tak jak zawsze, ale tylko do pewnego momentu wyglądało to jako tako. Przede wszystkim nie dochodziły dośrodkowania do partnerów.

Brak kapitana

Mowa oczywiście o Hendersonie. Kapitanie Liverpoolu, który już od dłuższego czasu gra na bardzo wysokim poziomie. Jeszcze nie tak dawno, w kwestii Anglika mówiło się głównie w negatywach. Że na Liverpool jest za słaby, że drugim Stevenem Gerardem nie zostanie, że żaden z niego kapitan jak schodzi w trakcie spotkań. Tymczasem mniej więcej od drugiej połowy poprzedniego sezonu, 29-latek wykonał ogromny progres. Przede wszystkim stał się niezastąpioną osobą na boisku i sercem swojej drużyny. Do tego w pół roku wzniósł trzy trofea a jego pozycja w zespole stopniowo rosła. W poprzedniej kampanii Henderson zanotował jedno trafienie i pięć asyst we wszystkich rozgrywkach. Obecnie ma identyczne statystyki, a mamy przecież dopiero początek marca. Warto też dodać, że w najbardziej intensywnej części sezonu, potrafił zastąpić kontuzjowanego Fabinho, który miał fantastyczną jesień, a nikt w Liverpoolu nie odczuł jego straty. Jak Liverpool uzależnił się od Jordana Hendersona pokazują ostatnie spotkania. Brakowało bowiem jakości, piłkarskiego serducha oraz osoby, która nie odstawiałaby nogi.

Panika czy spokój przed kluczową częścią sezonu?

Wielu zadaje sobie pewnie to pytanie. Czy jest to możliwe aby zaprzepaścić praktycznie wygrany sezon? Z tak dalekimi spekulacja bym nie wychodził. Pamiętajmy, że Liverpool to wciąż lider Premier League z zaledwie jedną porażką(!). Do tego brakuje mu tylko trzech zwycięstw do zapewnienia sobie pierwszego miejsca w lidze. Tego nie da się zepsuć. Wielu mówi też, że jeśli ktoś miałby przegrać w taki sposób tytuł, to taką drużyną byłby tylko Liverpool. Trochę nie rozumiem takiego gadania, bo przecież ciągle mówimy o fantastycznym zespole. Każdy, kto choć trochę zna się na piłce, dobrze wiedział, że przyjdzie w pewnym momencie gorszy okres. Pytanie tylko brzmiało jak wtedy The Reds sobie poradzą. Czas pokazał, że na pewno nie obejdzie się bez porażki. Spadek formy, to ludzka rzecz. Zawodnicy to Liverpoolu przecież są tylko ludźmi. Nie są robotami zaprogramowanymi tylko na wygrywanie. Jak każdy z nas mają lepsze i słabsze okresy, ale mówienie, że tytuł jest zagrożony, to jednak lekka przesada.

Liga Mistrzów

W tej kwestii pojawiają się już jednak znaki zapytania. Po porażce 0-1 na Wanda Metropolitano, Liverpool ma spory problem. Odrobienie jedno bramkowej straty wydaje się być porównywalnie ciężkim zadaniem jak powrót do gry w dwumeczu z Barceloną. Po stronie The Reds tym razem będzie jedna ważna rzecz. Mianowicie kibice, magia Anfield. Od razu przypominają się piękne momenty z tamtego sezonu i słowa Kloppa: „Let’s party.”- Bawmy się. Ta fantazja zaniosła w poprzedniej edycji Champions League jego podopiecznych do finału. Na razie mowy o finale nie ma, bo trzeba skupić się najpierw na awansie do ćwierćfinału i złamaniu defensywy Atletico.

Trochę optymizmu wlało się w serca fanów The Reds po sobotnim meczu z Bournemouth. Co prawda wiele aspektów gry pozostawiało jeszcze wiele do życzenia, ale już było widać, że cały zespół wraca na dobre tory. Udało się wygrać z głęboko grająca defensywą Wisienek. Ewentualna wygrana z Atletico i awans do ćwierćfinału, na pewno dałyby zastrzyk ogromnej adrenaliny i pewności siebie, co w tym momencie bardzo by się przydało.


Szymon Klauza

@serekk77

Najmłodszy w redakcji. Kibicuję Realowi Madryt i Liverpoolowi. Uwielbiam Premier League, La ligę oraz Bundesligę. Poza piłką wielki fan Remigiusza Mroza.

Komentarze