Bundesliga

Sierpniowe "Der Klassiker"

Fot: Dirk Vorderstrasse CC 2.0

Tagi

Bundesliga BVB Borussia Dortmund Bayern Munchen

Signal Iduna Park stało się wczoraj areną w walce o Superpuchar Niemiec. Kolejne "Der Klassiker" miało nas rozgrzać przed startem Bundesligi, który zbliża się wielkimi krokami. Bayern podchodził do spotkania obalały, po niezbyt udanych meczach przedsezonowych. Borussia miała swoje problemy, ale wydawało się, że to ona trzyma więcej kart w ręku. Kiedy, jak nie teraz zdeklasować Bayern? Wszystko szło dobrze, było już blisko, ale...

Okres wakacyjny to poza transferami, których w tym okienku jest aż nadto, jest okresem superpucharów. Trofea te są przez wielu deprecjonowane. Ich prestiż nienależny do największych, jednak puchar to puchar. Nie można spojrzeć swoim kibicom prosto w oczy i powiedzieć: "Nie chcemy wygrać". Lepiej dopisać kolejne zwycięstwo do swojej listy, niż przegrać i tłumaczyć na konferencji prasowej, że "to" trofeum jest nic nie warte, a mecz był rozgrywany po okresie przygotowawczym, więc piłkarze mają prawo być zmęczeni.

Nie spodziewałem się po tym pojedynku wielkiego widowiska. Oglądanie superpucharów jest trochę jak spożycie odgrzanego kotleta. Drużyna jest pobudzana w niezbyt odpowiednim momencie, by pokazać się światu. Rzadko zespoły są gotowe na 100% swoich możliwości, co wpływa na jakość spotkań. Jednakże niezależnie, kiedy i gdzie rozgrywane starcie pomiędzy Borussią i Bayernem, zawsze wzmaga emocje. W Polsce te starcia stoją pod znakiem pojedynku pomiędzy Robertem Lewandowskim a Łukaszem Piszczkiem.

Nasza "supergwiazda" zazwyczaj wychodzi zwycięsko z tych pojedynków, dlatego też moje serce biło tego wieczoru na żółto. Wydawało mi się, że BVB ma sporo szans na pokonanie mistrza Niemiec. Podopieczni Carlo Ancelottiego nie spisywali się za dobrze w meczach przedsezonowych. W ekipie Włocha brakować miało wielu podstawowych zawodników. Sporym plusem dla Dortmundczyków był również fakt, że spotkanie było rozgrywane na ich stadionie.

Mecz zaczął się tak, jak się spodziewałem. W 12 minucie Pulisic po błędzie Javiego Martineza stanął oko w oko ze stojącym w bramce Ulreichem i nie pozostawił mu żadnych szans. Prowadzenie było zasłużone, bo to Borussia w pierwszych minutach prezentowała się lepiej. Po straconej bramce Bayern się odmienił i szybko doprowadził do wyrównania. Tym, który tego dokonał, nie mógł być nikt inny, tylko Robert Lewandowski. Bayern z każdą minutą grał coraz lepiej, a wyróżniającą postacią był Thomas Muller. Jedyne czego brakowało w tym meczu Niemcowi to szczęścia. Burki co chwile musiał ratować swój zespół przed utratą bramki, właśnie po strzałach gracza z numerem "25" na plecach.

W drugiej połowie Borussia trochę zmieniła swój stylu gry i przejęła inicjatywę. To Dortmundczycy częściej utrzymywali się przy piłce i stwarzali sobie groźne sytuacje. W 70 minucie z kontratakiem wyszedł jednak Bayern i wszystko wskazywało na to, że za chwile będziemy mieli na tablicy wyników 2-1 dla Bawarczyków. Piłkę przy nodze miał Lewandowski, mógł strzelać, jednak zdecydował się na podanie. Ta decyzja okazała się tragiczna w skutkach. Świetną interwencją popisał się Łukasz Piszczek. BVB od razu rozpoczęło swój kontratak. Piłkę dostał Dembele, popędził prawą stroną, zszedł do środka i wypuścił na wolne pole Aubameyanga. Gabończyk nie spudłował w sytuacji sam na sam. Pokazał wręcz Lewandowskiemu, jak powinien zakończyć akcje Bayernu. Borussia znów na prowadzeniu.

Wydawało się, że już nic w tym meczu się nie zmieni. Monachijczycy próbowali odrobić, mocno naciskając, jednak nic się nie udawało. Wtedy nadeszła 88 minuta, w której piłkę do bramki wbił Łukasz Piszczek. Polak może mówić o sporym pechu, gdyż nie miał wpływu na tę sytuację. Futbolówka w tej akcji zrobiła wszystko, żeby nie wpaść do bramki po uderzeniach graczy Bayernu. W ogromnym zamieszaniu piłkę uderzył przy prawym słupku Kimmich, a ta niczym na stole bilardowym odbiła się od trzech graczy BVB i wpadła do siatki. 2-2 i rzuty karne.

O niewiele znaczącym pucharze zadecydować miała wiele znacząca loteria, jaką jest konkurs jedenastek. Powiedzieć jednak w tym przypadku, że rzuty karne to nic tylko przypadek byłoby krzywdzące. Wykonawcy w większości robili to perfekcyjnie, nie pozostawiając szans bramkarzowi nawet na powąchanie piłki. Pierwszy błąd popełnił w trzeciej serii Kimmich. Na prowadzenie dzięki temu wyszła Borussia, bo Aubameyang pewnie uderzył. Bayern szybko odrobił straty, bo już w czwartej serii. Na genialne uderzenie Rudego, nie był wstanie odpowiedzieć Rode, było 3-3. Przy piątych podejścia nogi nie zadrżały ani Vidalowi, ani Castro. Wiadomo było, że kto teraz się pomyli, przegrywa. Przy piłce zameldował się Sule, który uderzył pewnie jak na stopera "nie przystało". Odpowiedzieć miał mu Marc Bartra, człowiek, którego szczęście ostatnio omijało. Niestety omija go dalej, bo jego uderzenie wybronił golkiper Bayernu, czym samym dał im zwycięstwo.

"Wszyscy grają, a na końcu wygrywa Bayern" można by rzec. Dortmundczycy nie ustępowali swojemu rywalowi z Bawarii. Wydawało się nawet, że to oni są bliżej wzniesienia trofeum. Najpierw po bramce Aubameynaga, a następnie po niewykorzystanym karnym przez Kimmicha. Zabrakło im jednak zimnej krwi i dużej dozy spokoju. Bayern wygrał nieustępliwością i niezachwianą wiarą w swoją wartość. Borussia wciąż wywiera na mnie nieodparte wrażenie, że jest zgrają młodych chłopaków, którzy genialnie potrafią grać, jednak gdy dochodzi do punktu kulminacyjnego, ze strachu robią krok w tył. To jednak tylko superpuchar i na konferencji zawsze mogą powiedzieć, że byli zmęczeniu po przygotowaniach i że "ten" puchar nie jest nic wart.


Komentarze