Retro Piłka

Mały kraj, małe wielkie sukcesy. Słoweńska "złota jedenastka"

Jan Gawlik @GawlikJan

Fot: pesmitidelcalcio.com, pesmitidelcalcio.com

Tagi

Słowenia EURO 2000 MŚ 2002 Srecko Katanec Matijaz Kek Zlatko Zahović

Dla innych krajów awans do Mistrzostw Świata, czy Europy jest czystą formalnością. Mowa tu o reprezentacjach wielkich krajów, takich jak Hiszpania, Włochy, Francja, Niemcy, czy Anglia. Jeszcze inni, tak jak Biało-czerwoni chcą nawiązać do sukcesów Orłów Górskiego z lat 70. XX wieku i sam awans już nie wystarczy. Jednak co dla wielkich drużyn jest osiągnięciem mikroskopijnym, dla innych ekip jest powodem do narodowej dumy.Tą mogła czuć reprezentacja Słowenii, która po rozpadzie Jugosławii, dwukrotnie na przełomie wieków awansowała do wielkich imprez. Najpierw dostała się na EURO 2000, a dwa lata później wystąpiła na mundialu w Korei i Japonii. Choć na obu turniejach nie wygrała ani jednego meczu, a na MŚ w Azji przegrała wszystkie spotkania, mogła wracać do domu z podniesioną głową. Tylko teoretycznie.

Choć reprezentacja pod wodzą Srecko Kataneca, niegdyś świetnego słoweńskiego piłkarza, byłego gracza Sttutgartu i Sampdorii wywalczyła awans do EURO 2000, eliminacje mogły skończyć się kolejnym niepowodzeniem w krótkiej przecież historii futbolu w dwumilionowym kraju. 17 punktów, pięć zwycięstw na koncie i trzy przegrane. Pierwsze trzy mecze w kwalifikacjach zakończyły się remisem 2-2 z Grecją, porażką 1-2 z Norwegią i wygraną 1-0 z Łotwą, która zagrała na europejskim czempionacie cztery lata później, m.in. kosztem Polski. Początek eliminacji był średni i gdyby nie osoba Zlatko Zahovicia, zapewne Słowenia nie miałaby żadnej wygranej na koncie. Słoweński playmaker strzelił 8 goli, przyczyniając się do pięciu zwycięstw podopiecznych Kataneca w kwalifikacjach. Po średnim początku turnieju, w roku 1999 drużyna z byłej Jugosławii zremisowała z Gruzją 1-1 i zwyciężyła w pięciu spotkaniach z rzędu, dwukrotnie z Albanią (1-0 i 2-0), po raz drugi z Łotwą (2-1) i rewanżując się Gruzji, ogrywając ją 2-1. Niebezpiecznie zrobiło się po klęskach z Norwegią (0-4) i Grecją (0-3). Jednak dzięki korzystnym rezultatom w innych spotkaniach, Zahović i spółka z drugiego miejsca awansowali do turnieju w Belgii i Holandii tylnymi drzwiami, pomimo że ich dorobek punktowy i bramkowy był gorszy od pięciu innych reprezentacji, które uplasowały się na drugiej pozycji w swoich grupach.

Mecz otwarcia przyszło grać Słoweńcom z reprezentacją kraju, z którego w latach 90. wyłamali się, naszpikowaną gwiazdami Jugosławią, z wybitną osobowością na ławce trenerskiej, świętej pamięci Vujadinem Boskovem. Mihajlović, Djukić, Stanković, Jugović, Drulović, Milosević, Kezman, Mijatović i Kovacević stanęli naprzeciwko Zahovicia, Acimovicia, Milanicia, Pavlina, Ceha, Novaka i Rudonji. Wydawało się, że srebrni medaliści Mistrzostw Europy z 1960 i 1968 zmiotą z powierzchni ziemi, ekipę z jedną gwiazdą i armią mało znanych przeciętnemu kibicowi piłkarzy. A tu niespodzianka! Już do przerwy Słowenia po golu Zahovicia prowadziła 1-0. Po gwizdku, wznawiającym mecz podopieczni Srecko Kataneca rzucili się do ataku. W 52.minucie Milan Pavlin po zagraniu Zahovicia pokonał Ivicę Kralja, a 300 sekund później playmaker słoweńskiej ekipy trafił na 3-0! Jugosławia na kolanach! Niestety, radość w dwumilionowym kraju nie trwała długa. Potwierdziła się teza, że 3-0 to najłatwiejszy wynik do roztrwonienia i tak chłopcy Boskova, szybciej niż partyzanci Broz-Tity w latach 40. wyzwolili "kolosa" z opresji. Sześciu minut potrzebowali panowie Milosević i Drulović, którzy przy pomocy Predraga Mijatovicia doprowadzili do wyrównania. Historyczne zwycięstwo, mające dodatkowy smaczek rozpłynęło się w przeciągu sześciu minut. Mimo to Zahović i spółka mieli jeszcze spore szanse na awans. Musieli tylko pokonać Hiszpanię, albo wyrównać rachunki z Norwegią. Nie udało się, choć było blisko. Porażka 1-2 z La Furia Roja powodów do wstydu nie przynosi, choć mogło się skończyć nie najgorzej. Po szybko strzelonym golu przez Raula podopieczni Jose Antonio Camacho kontrolowali grę. Do 58 minuty. Do remisu tradycyjnie doprowadził Zahović. Niestety demony z meczu z Jugosławią nie odeszły. Trzy minuty później zwycięską bramkę zdobył Joseba Exteberria i reprezentacja dwumilionowego kraju obeszła się smakiem. Bezbramkowy remis z Norwegią nic nie zmienił. Słowenia wracała do domu z dwoma punktami, ale z podniesionym czołem i dobrą formą przed eliminacjami do MŚ 2002.

Dużo bardziej pewny i efektowny jest awans reprezentacji Słowenii na Mistrzostwa Świata 2002. Kadra, wzmocniona paroma nowymi graczami, m.in. Nastją Cehem, Sebastianem Cimiroticiem, czy Milanem Pavlinem, który po udanym EURO zamienił SC Freiburg na dużo silniejsze FC Porto przystąpiła do walki o azjatycki mundial. Wywalczyła upragniony awans, nie przegrywając żadnego meczu! Mimo to zajęła drugie miejsce, tuż za Rosją, za to przed Jugosławią, z którą dwukrotnie podzielili się punktami. Tak naprawdę podopieczni Srecko Kataneca mogli mieć lepszy wynik niż 20 punktów. Gdyby nie frajerski remis z Wyspami Owczymi, gdzie Słoweńcy stracili dwie bramki w ostatnich minutach, bilans w grupie byłby znacznie okazalszy. Trzeba oddać jednak klasę Zahovicia i spółki po meczu z Jugosławią. Kreator gry Słoweńców strzelił tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego Dicka Jola wyrównującego gola, który uchronił ekipę Kataneca od jedynej porażki w eliminacjach. Po fantastycznych kwalifikacjach można było jechać do Azji z wielkimi nadziejami. Chęć awansu do fazy pucharowej była duża. Za grupowych rywali Słoweńcy mieli Hiszpanów, Paragwajczyków i RPA. Polski kibic powiedziałby, że poza Hiszpanią to łatwi i przyjemni rywale. Słoweńcy zderzyli się z wielką piłką. Przekonali się, jak mała jest Europa. Może jednak, to inne czynniki zawiodły? Z pewnością ogromną rolę, tym razem negatywną odegrały dwie słoweńskie osobowości, Katanec i Zahović. Konflikt pomocnika Benfiki z trenerem zakończył się wyrzuceniem Zahovicia z reprezentacji po spotkaniu z Hiszpanią, przegranym 1-3. Brak playmakera reprezentacji poskutkował kolejnymi porażkami. Najpierw 0-1 z reprezentacją "Bafana-Bafana", a na zakończenie turnieju 1-3 z Paragwajem. Milenko Acimović i Nastja Ceh przy braku lidera nie potrafili kreować gry zespołu. Brak punktów na koncie przy zdobyciu dwóch honorowych bramek autorstwa Acimovicia (z Paragwajem) i Cimiroticia (z Hiszpanią) było marnym pocieszeniem.

Wydawało się, że po nieudanym mundialu nastąpi koniec przygody Kataneca i Zahovicia z reprezentacją. Odszedł ten pierwszy, drugiego potrzebowała ojczyzna. Na szczęście w obowiązkach strzeleckich wyręczył go Ermin Siljak, napastnik Panoniosu. Strzelił osiem goli w eliminacjach, wyrównując tym samym rekord Zahovicia sprzed czterech lat. Dzięki tym bramkom Słowenia dostała się do baraży, które przegrała z inną drużyną z byłej Jugosławii, Chorwacją. W pierwszym meczu padł wynik 1-1. Do siatki po raz kolejny trafił Siljak. Niestety, zabrakło go w rewanżu. Przegranej 0-1 u siebie nic nie może wytłumaczyć. Brak najlepszego strzelca prawie zawsze powoduje duże braki w ofensywie. Szczególnie wtedy, kiedy piłkarz przeżywa rozkwit formy. 11 lat później Słoweńcy doznali drugiej porażki w play-offach o finały EURO. Z tym że klęska 1-3 w dwumeczu z Ukrainą boli zdecydowanie mniej niż z z sąsiadem zza miedzy.

Pomimo dwóch porażek, jakie Słoweńcy zanotowali w barażach o Mistrzostwa Europy warto wspomnieć, że nie każde takie mecze kończyły się klęskami. Wystarczy wspomnieć choćby mecz o awans do mundialu w RPA. 1-2 na wyjeździe i 1-0 na szczęśliwym dla Słoweńców stadionie w Mariborze dało drugi w historii awans na Mistrzostwa Świata. My jednak pamiętamy bęcki, jakie dostała reprezentacja Polski na wspomnianej przed chwilą arenie. 0-3 po golach Dedicia, Novakovicia i Birsy spowodowały, że ze stanowiskiem selekcjonera Biało-czerwonych pożegnał się Leo Beenhakker, którego ówczesny prezes PZPN Grzegorz Lato zwolnił w mało dyplomatyczny i honorowy sposób, przed kamerami telewizyjnymi.

Na turniej do RPA Matijaz Kek wybrał znacznie mocniejszą kadrę niż ta, którą miał Katanec na EURO 2000 i MŚ 2002. Choć w reprezentacji Słowenii brakowało już typowej gwiazdy, jaką był Zlatko Zahović, lecz znalazło się w niej kilka interesujących nazwisk. Gwiazdami byli Zlatko Dedić, ówczesny gracz Vfl Bochum, Robert Koren, z powodzeniem grający w Premier League w barwach West Bromwich Albion, Milivoje Novaković i Miso Brecko z 1.FC Koeln, Samir Handanović, dziś jeden najlepszych golkiperów w Europie, ówczesny gracz Udinese, kolega Ireneusza Jelenia i Dariusza Dudki z Auxerre Valter Birsa, czy wreszcie piłkarz Wisły Kraków Andraz Kirm. To musiało zaprocentować w RPA. Tak się też stało, choć mogło być znacznie lepiej. Historyczna wygrana 1-0 z Algierią po golu Korena, 2-2 z USA i porażka 0-1 z Anglią dała 3 miejsce w grupie C. Szkoda, bo szanse na wejście do fazy pucharowej były bardzo duże. Nawet porażka z Anglią dawałaby awans, pod warunkiem, że USA zremisowałaby z Algierią. Tak się nie stało, ale Słoweńcy wrócili do domu o szczęśliwsi niż osiem lat temu.

Sukces Słoweńców dało się odczuć również nad Wisłą. Pamiętano jednak o dotkliwej klęsce w Mariborze, więc z piłkarzami z dwumilionowego kraju zaczęto się liczyć na poważnie. Aż trzech piłkarzy z tamtej reprezentacji trafiło później do Ekstraklasy. Poza Kirmem, który już grał w Wiśle, do Polski (ale nie po mundialu) trafili Andrej Komac (Ruch Chorzów), Dalibor Stevanović (Śląsk Wrocław) i Marko Suler (Legia Warszawa). Warto zaznaczyć, że nad Wisłę zawitał również zawodnik, bliski wyjazdu na mundial, Dejan Kelhar. Środkowy obrońca, podobnie jak Suler, tyle że półtora roku wcześniej przybył na Łazienkowską. Wielkiej kariery jednak nie zrobił. Zarówno Kirm, Komac, jak i Stevanović stali się solidnymi wyrobnikami w Ekstraklasie. Gorzej poszło Sulerowi i Kelharowi. Pierwszy wystąpił w 14 meczach we wszystkich rozgrywkach, a drugi rozegrał raptem trzy spotkania. Pomimo wcześniejszych upokorzeń, znalazła się nić porozumienia polsko-słoweńskiego, czego dowodem są właśnie piłkarze, uczestniczący wcześniej w Mistrzostwach Świata.

Choć reprezentacja Słowenii osiągnęła w sumie lepszy wynik na MŚ 2010, niż na EURO 2000 i MŚ 2002, to jednak reprezentację Srecko Kataneca o wiele bardziej powinno się pamiętać. Owszem, wynik Matijaza Keka w RPA był bardzo dobry, jednak nie osiągnął tego, co wielki poprzednik. Właśnie awans na dwie najważniejsze piłkarskie imprezy, dwa razy pod rząd określa się jako największe osiągnięcie słoweńskiego futbolu. W erze Handanovicia, czy Oblaka, dwóch wielkich słoweńskich bramkarzy, takie awanse wydają się wręcz obowiązkiem. Jeśli dodamy do tego Josipa Ilicicia, brylującego w Atalancie Bergamo, awanse do Mistrzostw Świata, czy powiększonych Mistrzostw Europy wydają się obowiązkiem. Tak jednak nie jest. Ponownie chciał dokonać tego Katanec - nie udało się. Matijaz Kek też musiał obejść się smakiem. Czy to też kwestia szczęścia? Nie wiadomo. Do EURO 2020 nie udało się zakwalifikować, choć reprezentacja Słowenii wcale źle nie grała. A jak będzie z MŚ w Katarze? Dla takiego zawodnika, jak Ilicić będzie to ostatnia szansa ugrania czegoś z reprezentacją. Potrzeba tylko dobrego trenera i wsparcia ze strony innych zawodników.


Jan Gawlik

@GawlikJan

Na Sofie z roczną przerwą jestem od początku jej istnienia. Pisanie łączę z pracą dziennikarza Radia Centrum

Komentarze