Ekstraklasa

Nieudana chorwacka rewolucja

Szymon Klauza @serekk77

Fot: getty, getty

Tagi

Jakiś czas temu wróciłem do czasów, kiedy Lech zdobywał mistrzostwo pod wodzą Macieja Skorży. Teraz czas na cofnięcie się do okresu, gdy za sterami poznańskiej lokomotywy stał Nenad Bjelica.  A pamiętne obelgi „Rutkowski wypierd****”, płynące z trybun i sławna konferencja prasowa po zatrudnieniu Ivana Djurdjevica, gdzie wiceprezes mówił „Ja się nie podam”, stały się symbolem tamtych czasów.

Zwolnienie Urbana

Jan Urban obejmował posadę szkoleniowca Lecha Poznań po zwolnieniu Macieja Skorży. Kolejorz znajdował się wtedy w kiepskiej sytuacji. Po stylu z mistrzowskiego sezonu nie było śladu, nie mówiąc już o wynikach. Urban miał zarazić swój nowy zespół optymizmem. Na to przede wszystkim liczono. Ku radości fanów, tak się stało. Lech zaczął regularnie punktować i po kiepskim początku, powoli piął się w górę. Skończyło się na awansie do górnej połowy tabeli i zakończeniu sezonu na 7 miejscu. Spektakularne osiągniecie to, nie było, lecz przy Bułgarskiej liczono na pomyślny wynik w finale Pucharu Polski. Poznaniacy zmierzyli się tam ze stołeczną Legią, jednak musieli uznać wyższość Warszawiaków.

-Nie był to dla nas dobry dzień. Gratuluję Legii zwycięstwa, ale my zagraliśmy jak równy z równym. Mieliśmy swoje sytuacje, ale nie potrafiliśmy ich wykorzystać. Zdecydowały detale. Nie upilnowaliśmy zawodnika, który strzelił nam bramkę. Mimo to moja drużyna dążyła do strzelenia wyrównującego gola. Znakomitą sytuację miał Tetteh po strzale głową. Szkoda, że nie wpadło. Myślę, że postronny kibic nie powiedziałby, że byliśmy w tym spotkaniu drużyną słabszą się-skomentował spotkanie trener Lecha. Stopniowa poprawa gry nie dała żadnych trofeów, lecz włodarze Lecha postanowili dać mu szansę poprowadzenia drużyny w kolejnym sezonie.

Zaczęło się dobrze, bo Kolejorz pokonał w Superpucharze Polski Legię. Optymizm, który wlał się w serca fanów szybko, został, jednak zgaszony. Początek rozgrywek ligowych tradycyjnie przyniósł rozczarowanie. Lech pogubił punkty i znowu musiał gonić rywali. Po wygranych z Cracovią i Piastem oraz remisem z Termalicą wydawało się, że będzie tylko lepiej. Jednakże nie pod wodzą Urbana, gdyż pod koniec sierpnia został zwolniony. Zarząd argumentował swoją decyzję, chęcią dania nowego impulsu klubowi oraz ponownego przywrócenia uśmiechów na twarzach fanów.

Nowy bodziec

Po słabym początku sezonu atmosfera przy Bułgarskiej po raz kolejny mocno zgęstniała. Szczególnie na trybunach, gdzie zaufanie do zarządu mocno spadło. Plan właścicieli był prosty. Zatrudnić nowego trenera, ale z długoterminowym planem. Kolejna wpadka po prostu nie wchodziła w grę. Pojawienie się Nenada Bjelicy, miało właśnie temu zapobiec. W końcu był to właśnie trener z charyzmą, który potrafił dotrzeć do swoich zawodników. Takiego człowieka Lech potrzebował. Liczono, że pod jego wodzą, pojawi się w klubie mentalność zwycięzców.

-To trener niezwykle charyzmatyczny. Już jako piłkarz był znany ze swojej mentalności zwycięzcy. Styl gry jego drużyn stawia na dużą dyscyplinę taktyczną, zaangażowanie i pracowitość piłkarzy. Gra jego zespołów jest oparta na dużej intensywności. Liczymy na to, że podobnie będzie w Lechu mówił wiceprezes klubu Piotr Rutkowski.

Zgodnie z długoterminowym projektem, Bjelica dostał czas na poukładanie zespołu. Nikt nie liczył od samego początku na cuda. Kibice chcieli zobaczyć w końcu pomysł na zespół i budowanie drużyny na dłużej niż jeden sezon. Chorwat od samego początku miał utrudnione zadanie. W lecie Poznań opuścili tacy zawodnicy jak Karol Linetty i Marcin Kamiński. Środek pola i obrony przeciekał z każdej możliwej strony. Kolejorz tracił sporo bramek (w pierwszych pięciu meczach aż 9). Brakowało stabilnej formy, lecz od razu po przyjściu, Bjelica dostał dwa tygodnie przerwy reprezentacyjnej i mógł w spokoju potrenować z nowym zespołem.

Pierwszy sezon pod wodzą chorwackiego trenera Lech mógł z pewnością zaliczyć do udanych. Zważywszy na okoliczności z początku rozgrywek, końcowe trzecie miejsce oraz finał Pucharu Polski (po raz kolejny przegrany, tym razem z Arką) mógł zostać uznany za dobry prognostyk. Drużyna z każdą kolejką nabierała rozpędu, notując przy tym kilka przyzwoitych serii. Jedna z nich dotyczyła meczów bez porażki. Na przełomie 2016 i 2017 roku, Kolejorz zanotował passę jedenastu spotkań bez porażki. Do tego mógł się pochwalić znakomitą średnią straconych bramek. Łącznie, defensywa Lecha straciła zaledwie 35 goli, co dało 0,8 na mecz. Zważywszy na początkowe turbulencje, był to wynik godny podziwu. Od pierwszego dnia pracy Bjelicy nie zakładano, że już w pierwszym sezonie zdobędzie jakieś trofeum. Zabrakło jednak niewiele, więc apetyty gwałtownie wzrosły. Kibice Lecha spoglądali w przyszłość z optymizmem i wierzono, że kolejna kampania przyniesie wiele radości.

Sezon prawdy

Rozgrywki 2017/2018 miały być dla Lecha krokiem do przodu. W letnim okienku doszło do kilku roszad. Z klubu odeszli bowiem wychowankowie-Jan Bednarek, Tomasz Kędziora i Dawid Kownacki. Za całą trójkę łącznie zainkasowano ponad 10 milionów euro. W związku z tym pojawiły się odpowiednie środki na wzmocnienia. Sprowadzono wówczas kilku graczy, chociaż większość z nich trafiła na wypożyczenie- Rakels, Janicki, Situm. Kwota sprowadzonych piłkarzy wyniosła niewiele ponad milion euro. Patrząc jakie pieniądze wpłynęły do klubu, wydawała się ona bardzo niewielka. Trzeba jednak Lechowi oddać, że potrafił zakontraktować dwóch bardzo jakościowych piłkarzy zupełnie za darmo- Christiana Gytkjæra i Emira Dilvara. Jak czas pokazał, obaj stali się solidnymi wzmocnieniami.

Kiedy kadra została skompletowana, przyszedł czas na prawdziwy sprawdzian. Lech zaczął słabo, bo od remisu z beniaminkiem z Nowego Sącza i porażki z Wisłą Płock. Demony z poprzednich sezonów kolejny raz zaczęły się przypominać. Sytuacja jednak stopniowo zaczęła się poprawiać. Kolejorz odpadł co prawda w eliminacjach z holenderskim Utrechtem po zaciętym boju, lecz w kontekście ligi, wyszło im to na dobre. Podopieczni Bjelicy stopniowo zaczynali się rozkręcać i po wygranym 3:0 meczu z Legią u siebie, na początku października, znajdowali się na drugim miejscu, punkt za Górnikiem Zabrze. Zwycięstwo z Wojskowymi, miało sprawić, że poziom pewności siebie w zespole wystrzeli jeszcze bardziej. Stało się zupełnie odwrotnie. Poznaniacy nie wygrali kolejnych pięciu spotkań z rzędu (cztery remisy i jedna porażka) i nagle z pięciu punktów przewagi nad Legią, zrobiło się 6, ale straty do niej.

-Po wrześniowej przerwie reprezentacyjnej graliśmy bardzo słabo i wówczas w trzech meczach wywalczyliśmy cztery punkty po remisie w Szczecinie i pokonaniu u siebie Korony. Teraz natomiast graliśmy dobrze, ale nie punktowaliśmy jak należy. W czterech kolejkach uzbieraliśmy zaledwie trzy punkty-mówił chorwacki szkoleniowiec, który uważał, że jego drużyna zasłużyła w przekroju całej rundy na 4-6 punktów więcej.

Po kilku słabszych spotkaniach, Lech na nowo złapać rytm. Do przerwy zimowej nie przegrał żadnego spotkania (3 remisy i 3 zwycięstwa) i przerwę w rozgrywkach spędził na fotelu wicelidera, tracąc punkt do liderującej Legi.

Za piękne by było prawdziwe

Wiosną Lech ustabilizował formę. Zaczął regularnie wygrywać, a ze stadionu przy Bułgarskiej zrobił prawdziwą twierdzę (stracił tylko tam punkty w ostatniej kolejce sezonu zasadniczego z Koroną 0:1). Wszystko zaczęło się układać idealnie pod zespół Bjelicy. Przed feralnym meczem z Kielczanami, mieli jeden punkt przewagi nad Legią i Jagiellonią. Obie drużyny również straciły wtedy punkty, więc dla Kolejorza pojawiła się szansa, aby wejść w decydującą część sezonu z czterema oczkami zapasu. Kto wie, jakby potoczyły się dalsze losy Chorwackiego trenera, gdyby ten mecz zakończył się wygraną dla jego drużyny.

Do rozegrania zostało oczywiście siedem spotkań. Tyle dzieliło Poznaniaków od końcowego triumfu. Mieli dodatkowo ten przywilej, że druga Legia, trzecia Jagiellonie i czwarty Górnik, miały wybrać się na starcie na Bułgarską. Zaczęło się dobrze, bo od wyjazdowego zwycięstwa z Zagłębiem na wyjeździe. Na dobrą sprawę było to najlepsze, co spotkało wtedy fanów poznańskiej lokomotywy. Drużyna zawaliła na całej linii i ostatnie sześć spotkań zakończyła dwoma remisami i 3 porażkami. Argument własnego boiska legł w gruzach. Wszystkie trzy ekipy, które przyjechały do Poznania, rozmontowały gospodarzy. Stracone mistrzostwo bolało podwójnie, gdyż po ostatnim meczu przy Bułgarskiej, piłkarze i kibice ze stolicy świętowali triumf ligowy.

Początek końca

Porażka z Górnikiem Zabrze rozpoczęła proces destrukcji kolejnego projektu. Bjelica został zwolniony jeszcze przed końcem sezonu, a dokładnie po porażce 0:2 z drużyną z Białegostoku. Kolejny rok z rzędu nie udało zrealizować się celu, jakim było zdobycie tytułu mistrza Polski. Zawiódł nie tylko trener, lecz także piłkarze.

Zwolnienie Chorwata zapoczątkowało serię poważnych decyzji w klubie. Czas kilku piłkarzy dobiegł końca. Paradoksem całej przygody trenera z Bałkanów w Poznaniu, jak i idealnym podsumowaniem pracy zarządu, stała się wypowiedź dyrektora Rutkowskiego, po kłótni z Emirem Dilaverem.

– W ubiegłym tygodniu wywaliłem z gabinetu jednego z piłkarzy, co wcześniej mi się nigdy nie przydarzyło. Potem przyszedł kolejny zawodnik, który chciał mi wmówić, że trzecie miejsce jest dobre. To tylko pokazuje, jak bardzo zabrakło nam mentalności – mówił wtedy Rutkowski.

Czyż nie po to Nenad Bjelica został sprowadzony do Poznania, aby w końcu zmienić mentalność całego klubu?


Szymon Klauza

@serekk77

Najmłodszy w redakcji. Kibicuję Realowi Madryt i Liverpoolowi. Uwielbiam Premier League, La ligę oraz Bundesligę. Poza piłką wielki fan Remigiusza Mroza.

Komentarze