La Liga

Hiszpańska Liga Mistrzów #1

Dawid Komorowski @PilkaJana

Fot: Markus Unger, C.C BY 2.0

Tagi

To nie była dobra kolejka faz grupowych europejskich pucharów dla hiszpańskich zespołów. Porażka Sevilli, remis Atletico i Realu. Tylko Barcelona dała radę słabszemu teoretycznie słabszemu rywalowi. Choć takiego Realu za podział punktów winić nie można ze względu na świetną dyspozycję Tottenhamu, zaś można narzekać, bo skuteczność była po prostu słaba.

Real Madryt – Tottenham 1:1

Wychodząc na murawę, na Santiago Bernabeu obie ekipy miały komplet dwóch zwycięst w fazie grupowej Champions League. Zwycięzca więc, mógł cieszyć się z prawie pewnego awansu do następnej rundy. Dodajmy, że dla Królewskich taki stan rzeczy sukcesem nie jest, a już dla podopiecznych Mauricio Pochettino jak najbardziej. Szczególnie, że w poprzedniej kampanii Spurs nie wyszli z dość łatwej grupy. Nic dziwnego zatem, że na początku drużyna z Londynu przeżywała niemały szok defensywny. Już w okolicach czwartej minuty spotkania po podaniu młodziutkiego Achrafa Hakimiego (zastępcy Carvajala podczas kontuzji), piłkę w słupek skierował po uderzeniu głową Cristiano Ronaldo. Idealną szansę na dobitkę, prawie na pustą bramkę zmarnował Karim Benzema, który uderzył niecelnie i piłka przeturlała się obok słupka. Wymieniany wcześniej CR7, parę chwil później strzelił obok bramki strzeżonej przez Hugo Llorisa. Dopiero w 19. minucie, goście z Londynu zagrozili twierdzy (pomijając mecz z Betisem) Bernabeu. Napastnik Kogutów, Harry Kane, strzelał głową po rzucie rożnym w środek bramki. Im dalej w las, tym bardziej Real dawał spychać się do defensywy, albo nadziewał się na znakomite kontry. Wreszcie w pół godziny po pierwszym gwizdku gola dla Tottenhamu zdobył… Raphael Varane. Francuski stoper wbił futbolówkę do własnej bramki po dośrodkowaniu Auriera i lekkim dotknięciu Kane’a. Jak jednak stara zasada brzmi, nie denerwuj gospodarzy. Madrytowcy rzucili się do odrabiania strat i dogodne okazje marnowali po kolei Isco i Benzema. Ostatecznie w 42. minucie sędzia Szymon Marciniak podyktował dla Królewskich rzut karny za faul na Tonim Kroosie. Wykorzystał go nie kto inny jak (cytując pewnego komentatora telewizyjnego) Ronaldo. Po przerwie znakomitą paradą popisał się Hugo Loris, po strzale z metra Benzemy. Typowo filmowe trzęsienie ziemi, oznaczało jednak w tym przypadku obniżenie tempa meczu i poza dwoma sytuacjami, gdzie Real ratował Keylor Navas, dużo się już nie działo. Prawdopodobnie obie ekipy wyjdą z grupy, ponieważ w tym samym czasie, słaba w tym sezonie Borussia, zremisowała z Apoelem Nikozja.

Spartak Moskwa – Sevilla 5:1

Ok, Spartak objął prowadzenie już w 18 minucie po golu Promesa, ale wyrównanie stanu rywalizacji jakiś czas później, nie zapowiadało takiej katastrofy dla podopiecznych Berizzo. Szczególnie, że zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy znakomitą szansę na zdobycie prowadzenia zmarnował koncertowo Wissam Ben Yedder. Jednak potem rozwiązał się worek goli dla Spartaka. Melgarejo, Glushakov, Luiz Adriano oraz po raz drugi Promes, załatwili sprawę jasno. Nie można niedoceniać ekipy z Moskwy. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że spotkanie toczyło się równo dla jednych, jak i dla drugich. Sevillę zmasakrowała postawa obrońców, bo wiele indywidualnych błędów przesłaniało siłę rażenia Andaluzyjczyków w ofensywie. Sevilla znów pokazała, że lepiej czuje się chyba w Lidze Europy, do której powoli zmierza, ale nie uprzedzajmy, pozostały trzy kolejki w grupie. Tylko że dla Hiszpanów, margines błędu jest prawie zerowy.

Qarabag – Atletico Madryt 0:0

Mecz z grupy „wiadomo do jakiej bramki”. Pierwsza, jakakolwiek warta odnotowania sytuacja, miała miejsce w 25. minucie, kiedy to zobaczyliśmy strzał na strącenie drona, Nico Gaitana. Ok, pierwszy okres gry potrafił uśpić niejednego „konesera” piłki kopanej, ale zaraz po wspomnianej wcześniej akcji Atletico, tzw. „stuprocentówki” leciały jak z rękawa jakiegoś wybitnego karcianego szulera. Tyle ich było ze strony podopiecznych Diego Simeone, było nie było zagrożonych małą ilością punktów podopiecznych, że chciało nam się ziewać po piętnastej zmarnowanej okazji Griezzmana, Carrasco, Gimeneza, czy Gameiro. Coś nieprawdopodobnego zaczęło się dziać po przerwie. Piłkarze z Agdamu (w sumie to z Baku), zaczęli napędzać stracha Oblakowi. Nie dość, że nie chce wpaść z przodu, to jeszcze można coś stracić od jakichś Azerów! Czasem obrońcy Los Colchoneros robili jaja, jak na jarmarcznym targowisku, co doprowadzało do kuriozalnych niekiedy sytuacji. Qarabag miał jednego przywódcę w ofensywie (nie, nie Rzeźniczak) – niejakiego Ndlovu. Napastnik mistrza Azerbejdżanu czasem ośmieszał stoperów Atletico i gdyby nie głupia druga żółta kartka za wymuszanie karnego, kto wie, jak potoczyłyby się losy tego meczu? Tego nie wiadomo, wiadomo jednak to, że trener Diego musi ostro pomyśleć co dalej, bo na chwilę obecną Atleti tracą 3 punkty do drugiej w grupie Romy. A z taką dyspozycją jak w drugiej połowie meczu z Qarabagem będzie o odrabianie bardzo ciężko.

FC Barcelona – Olympiakos Pireus 3:1

Mecz od początku toczył się pod dyktando Blaugrany i nic dziwnego, że wreszcie drogę do siatki Greków znalazł drugi najlepszy strzelec drużyny… samobój. Tak, znowu. Pod koniec pierwszej części spotkania gola strzelił Gerard Pique, tyle że ręką, za co otrzymał drugą żółtą kartkę. To tylko pokazuje, w jak fatalnej formie psychofizycznej znajduje się stoper Barcy. Po przerwie Ernesto Valverde postanowiał załatać dziurę z tyłu i zdjął z boiska Gerarda Deulofeu, faceta, który wreszcie dostał szansę pokazania się z dobrej strony szkoleniowcowi. Krajobraz grania w dziesiątkę był natomiast Dumie Katalonii niestraszny, bo tak naprawdę, nie było widać absolutnie żadnej różnicy przed i po ukaraniem Pique. W okolicach 60. minuty sprawę do końca załatwili Messi z wolnego i Luca Digne. Olympiakos dopiero pod końcówkę spotkania ominął Ter Stegena po strzale z główki po rzucie rożnym. Ogółem mecz bez większej historii.


Dawid Komorowski

@PilkaJana

Kibic najlepszych lig świata: hiszpańskiej i Ekstraklasy. Uczę się pisać o piłce kopanej.

Komentarze