La Liga

W rytmie samby po serca kibiców

Aleksandra Karczewska @INeysiI

Fot: Pedro Salado, getty images

Tagi

Nastał czas, w którym przyszło nam podsumować karierę jednego z największych ‘magików’ piłki nożnej wszechczasów. Choć według wielu osób bezapelacyjnie i bez żadnego ale -największego.

Na swoim koncie ma takie osiągnięcia jak: dwukrotny piłkarz roku, zdobywca Złotej Piłki, mistrz świata, zdobywca Ligi Mistrzów, dwukrotny mistrz Hiszpanii, mistrz Włoch, zdobywca Copa America i … wiele, wiele więcej. Kreator prawie dwustu goli, dwudziestu sześciu asyst i milionów uśmiechów na twarzach osób, które oglądały jego grę. Osoba, która swoim uśmiechem potrafiła zmiękczyć sędziego tak iż ten zamienił pokazywaną przez siebie czerwoną kartkę na żółtą.

Z pewnością wszyscy już wiedzą, że chodzi o Ronaldinho.

Dla wielu z was nie będzie to tekst pełen nowych anegdot czy informacji. Brazylijczyk jest przecież na tyle charakterystyczną i znaną postacią, że jego historię każdy fan futbolu powinien znać na pamięć. Zapraszam was jednak abyśmy przeżyli to jeszcze raz. 

Nasz bohater urodził się w 1980 roku w Porto Alegre, a dokładniej w biednej dzielnicy Vila Nova. Piłkę nożną miał we krwi dzięki swojemu ojcu, który był piłkarzem. W czasach szkolnych nazywany był „czarnym snajperem bramek”, ponieważ już wtedy wyróżniał się ogromnym talentem. Miał w sobie także ogromną pasję. Był niestrudzony i wymyślił oryginalny sposób treningu. Pomagał mu w tym bowiem jego pies. Jak sam Ronnie opowiada:

„Trenowałem z psem, to był niestrudzony obrońca. Grywałem z bratem, ze starszymi dzieciakami w parku, ale prędzej czy później wszyscy się męczyli, a ja chciałem grać dalej. Dlatego zawsze zabierałem ze sobą Bombona. To był prawdziwy brazylijski pies, a w tym kraju nawet psy kochają futbol.”.

Przy takim partnerze do gry Ronaldinho rozwinął technikę i finezję gry na niespotykany poziom. Nic dziwnego więc, że szybko zainteresowali się nim włodarze klubu Grémio FBPA. Nasz ‘magik’ trafił do nich już w wieku sześciu lat. Szło mu oczywiście obłędnie. W jednym ze spotkań drużyn młodzieżowych strzelił aż dwadzieścia trzy gole! W dodatku dwa z nich padły bezpośrednio z rzutów rożnych.

W 1998 roku Ronnie trafił do pierwszej drużyny swojego zespołu. Kibice tak mocno się z nim zżyli, że klub obawiał się na samą myśl o jego transferze. Nikt wtedy nie brał tego pod uwagę bo fanatyczni kibice mogliby - łagodnie mówiąc - okazać niezadowolenie z jego odejścia i narobić kłopotów.

W 2001 roku jednakże nie dało się już zatrzymać oczywistej kolei rzeczy. Brazylijczyk trafił do Europy. Ronaldinho Gaucho przeszedł do Paris Saint Germain. Był to właściwy krok zważając na to, że formą jaką prezentował w Paryżu, zagwarantował sobie powołanie od Luiza Felipe Scolariego, na mistrzostwa świata w Korei i Japonii. Canarinhos doszli do finału gdzie na stadionie w Jokohamie, pokonali reprezentację Niemiec 2-0.

To również w PSG, coraz częściej zdarzało się zawodnikowi imprezować. Pewnego razu ‘świętował życie’ do piątej nad ranem co spowodowało niepochamowane mdłości pod klubem. Wieczorem natomiast jak gdyby nigdy nic strzelił dwa gole i zanotował asystę.

Dwa sezony później Brazylijczyk zmienił drużynę. Głównie biły się o niego trzy kluby, Manchester United, Sir Alexa Fergusa, Real Madryt poszukujący kolejnej gwiazdy i Barcelona chcąca wyjść z dołka. Mimo tego, że to Anglicy rzekomo przez cały czas byli najbliżej transferu, Brazylijczyk trafił na Camp Nou.

Ronaldinho zdobywając w swoim pierwszym sezonie piętnaście goli uzyskał szacunek i sympatię fanów Barcelony. Ale Brazylijczyk to nie tylko bramki i asysty. Radość i uśmiech, który podczas gry prezentował był strzałem w dziesiątkę. W dziesiątkę, którą nosił na plecach.

Pokochali go nie tylko culé. Pokochał go cały piłkarski świat włącznie z kibicami królewskich, którzy słynnym El Clasico zgotowali mu owacje na stojąco. To właśnie z tym klasykiem wiąże się anegdota, którą chciałabym teraz przytoczyć. Noc przed wspomnianym meczem Ronaldinho zadzwonił do Iniesty: „Andres, wiem, że jest trzecia w nocy, ale muszę Ci coś wyznać. W czerwcu opuszczam Barcelonę, mój brat podpisał umowę z Realem Madryt. Zaoferowano mi ogromne pieniądze, nie mogłem odmówić. Proszę Cię abyś nie mówił o tym nikomu w klubie. Zachowaj to dla siebie. Dobranoc.” – powiedział Brazylijczyk i odłożył słuchawkę.

Następnego dnia w szatni atmosfera była napięta. Wszyscy byli smutni, co w kontaktach z Ronaldinho nie było normalnym zachowaniem. R10 wreszcie zabrał głos: „Przed nami bardzo trudny mecz, El Clasico. Ostatnio jednak odkryłem, że jesteśmy jak rodzina. Zadzwoniłem w nocy do każdego z was i powiedziałem, że odchodzę do Realu. Nikt nie puścił pary z ust, wolał cierpieć w milczeniu niż zdradzić przyjaciela. Dlatego zostanę tutaj bardzo długo. A teraz chodźmy im pokazać, na czym polega piłka nożna.”. Brazylijczyk strzelił wtedy dwa gole a mecz zakończył się wynikiem 0:3 dla Dumy Katalonii i wspomnianymi owacjami na stojąco całego Santiago Bernabeu.

Bajka nie trwała jednak tak bardzo długo jak obiecywał. Ronaldinho zwykł imprezować, jak wcześniej wspomniałam, coraz częściej nieodpowiedzialnie wciągał w swoją chęć całonocnej zabawy Deco i Eto’o. Spowodowało to pełną dysharmonizację w szatni za czasów Rijkarda i kiedy przysze∂ł nowy trener, Pep Guardiola, to się musiało zmienić.

Obecny szkoleniowiec Manchesteri City nie pozwolił sobie na takie zachowanie, i mimo że cała trójka miała w sobie niespotykany talent, nie brał ich pod uwagę w swoim projekcie. Wspaniała inteligencja boiskowa u Deco, drapieżność i pazur pokazywany na boisku u Eto’o i magia u Ronaldinho nie wystarczyły. Pep, jak mówi wielu, musiał chronić Leo Messiego przed złymi wpływami.

Cała trójka odeszła więc do różnych klubów. Ronnie trafił do AC Milanu. Profesjonalna kariera (a raczej powaga i dyscyplina z jaką się ona wiąże) zaczęła przeszkadzać graczowi coraz bardziej. Patrząc na wypowiedzi Kevina Boatenga można by rzec, że oczekiwano od niego więcej zaangażowania.

„Ronnie zawsze się śmiał. Zawsze! Gdy byłeś smutny, podchodził do Ciebie, łaskotał Cię i zmuszał do śmiechu. Co to za koleś! Czy był poobijany, czy poważnie kontuzjowany, czy przegrywał, czy wygrywał, zawsze się cieszył. Po trzydziestce nie miał już ochoty na ciężkie trenowanie. Wygasło w nim pragnienie. Wciąż jednak posiadał piekielnie szybki refleks i umiejętności. Niby technicznie chciał nam udowodnić, że jest na innej planecie, ale lenił się. Zapytałem go kiedyś: Ile zarobiłeś kasy? ‘Nie wiem, skończyłem liczyć po stu milionach euro. Widzisz, zarobiłem kolosalny szmal, nie chce mi się uczestniczyć w tym cyrku. Biegnij w lewo, biegnij w prawo, wróć. Nie chcę słuchać tego tresowania.’. Kiedyś dzieliłem z nim pokój. Wypił całą zawartość mini baru i kompletnie pijany rozmawiał godzinami z kumplami z Brazylii przez Skype. Mieliśmy różne ambicje. On mógł coś zrobić, ale musiał chcieć. Kiedy Gattuso go terroryzował, że jest leniem, to tylko się śmiał. Kiedy ja krzyczałem, to się śmiał. Zawsze się śmiał. Zawsze żartował. Dziękuję Ronnie, że mogłem Cię poznać. Jesteś cudownym człowiekiem. (…) Ronaldinho był doskonały, a fenomenalnie grał kiedy mu się chciało. Szkoda, że zazwyczaj było to raz w roku.”.

Ta wypowiedź Boatenga bardzo trafnie podsumowuje karierę Brazylijczyka w AC Milanie. Po trzech sezonach nasz bohater wrócił do Brazylii. Spędził tam cztery lata po czym udał się do Meksykańskiego Querétaro FC. Kontrakt musiał natomiast zostać rozwiązany bo zawodnik nie stawiał się na treningach przez kilka tygodni.

Po odejściu - jeszcze w tym samym roku - Brazylijczyk przeżył swoją przygodę z Fluminense, trwającą zaledwie dziewięć meczy. Trafił tam, ponieważ jak sam mówi, marzył o graniu na Maracanie. Niestety nie strzelił tam ani jednego gola a publiczność zaczęła go wygwizdywać.

Po tym Ronnie nie zagościł już w żadnym klubie. Pełnił funkcję ambasadora Barcelony gdzie jego głównym zadaniem było promowanie klubu w Ameryce. Niestety nie podołał już pierwszemu zadaniu, którym było stawienie się na trybunach podczas meczu z Deportivo La Coruna. Plaża okazała się o wiele ciekawsza.

Jak zawsze radość z życia i beztroska dały o sobie znać.

Ronaldinho zaczął swoją przygodę z piłką od futsalu i na tym też ją zakończył. Pozostanie po nim w świecie piłki jednakże coś więcej niż zwykłe strzelanie goli i odbębnienie tego czego oczekuje trener. Na zawsze pozostanie postacią niezwykłą, która mimo sławy i pieniędzy bezwarunkowo pozostawała i pozostaje sobą. Wraz z jego karierą kończy się pewna era. Kiedyś skończył się czas, w którym chłopcy na boisku chcieli być Maradoną, Cruyffem czy Deyną, teraz przemija pokolenie Ronaldinho. Choć mam wrażenie, że mimo tego, że często obecnie można na ulicy spotkać małych Messich czy Lewandowskich, myślę, że za kilka ładnych lat znajdzie się młodzieniec chcący być jak on - największy ‘magik’ wszechczasów. A.K.A. Ronaldinho Gaucho.


Aleksandra Karczewska

@INeysiI

Na co dzień koneserka talentu Jordiego Alby i Bojana Krkicia. Fanka FC Barcelony flirtująca ze Stoke City. Pisze dla Sofa Gol.

Komentarze