Ekstraklasa

Podsumowanie sezonu - Lechia Gdańsk

Paulina Raszewska @raszkawroc

Fot: Lechia Gdańsk, Lechia Gdańsk

Tagi

Lechia Gdańsk Sezon 2017_18 Podsumowanie

Startujemy z kolejnym podsumowaniem tego, co działo na się na naszych podwórkach. Tym razem zajmiemy się Lechią Gdańsk, która w tym sezonie śmiało kandyduje do nagrody „Booby Prize”. Ba! Nawet jestem w stanie się założyć, że ta statuetka trafiłaby w ręce zawodników z Gdańska. Lechia ma za sobą fatalny sezon i każdy chciałby jak najszybciej zapomnieć o tym cyrku, jaki Gdańszczanie w tym sezonie mieli okazję Nam zaprezentować.

MOCNE strony!

Zacznijmy jednak od czegoś trudniejszego – spróbujmy wskazać w grze gdańszczan pozytywne aspekty. Trudno takowych doszukać się w zespole znad morza, ale jeżeli już mamy coś lub kogoś wskazać to zdecydowanie statystyki oraz ogólna postawa (przynajmniej do pewnego momentu sezonu) wskazują na Marco Paixao. Napastnik Lechii strzelił szesnaście bramek w dwudziestu ośmiu spotkaniach w tym sezonie. Zanim Portugalczyk postanowił „wypisać się” z gry w Lechii, to miał bardzo duży wpływ na grę zespołu. Może nie był efektowny jak za swoich najlepszych czasów, ale niesamowicie efektywny. Jako typowy środkowy napastnik miał umiejętność znalezienia się w polu karnym i większość okazji jakie mu nadarzały zwykł wykorzystywać. Do pewnego momentu sezonu walczył nawet o koronę króla strzelców. Niestety ostatnie spotkanie rozegrał 16.03.2018r. przeciwko Lechowi Poznań i na tym się jego przygoda skończyła.

Największe ROZCZAROWANIE!

Najłatwiej podsumować sezon Lechii jako jedno wielkie rozczarowanie. Po pierwsze: słabe transfery i starość oraz przeciętność kadry mogły doprowadzić do takiej katastrofy. Przecież nikt, a już na pewno nie przeciętny kibic ekstraklasy, nie potrafi wymienić choć jednego nazwiska, które pojawiło się w Gdańsku latem lub zimą, a było ich naprawdę sporo: Gerson, Slavchev, Oliveira, Nalepa, Borysiuk czy wreszcie Matras. Który z nich zrobił różnice na boisku? Na pewno nie ten ostatni…

Tym sposobem dochodzimy do człowieka, który najbardziej Nas rozczarował podczas swojego pobytu w Gdańsku. Nominowany został Mateusza Matras. Dlaczego? Bo w Pogoni Szczecin wyróżniał się na tyle, że mówiono o transferze do Legii albo za granicę. Piłkarz wybrał jednak Gdańsk, chcąc spróbować swoich sił w silniejszej drużynie, jaką wówczas była Lechia i stopniowo wspinać się na coraz wyższe szczeble kariery. Zaczął całkiem nieźle, strzelił nawet bramkę w Płocku. Potem było tylko gorzej i dla Matrasa brakowało nawet miejsca na ławce, w końcu odszedł do Zagłębia. W Gdańsku ostatecznie rozegrał tylko siedem spotkań, a po przenosinach do Lubina zaledwie pięć i zgarnął żółtą i czerwoną kartkę – dobry bilans!

Nie oszukujmy się, że w drużynie Lechii nie było miejsca dla Martasa!? Czy naprawdę przegrywał walkę z Łukasikiem lub Slavchevem? Jakoś trudno jest Nam w to uwierzyć... Piotr Nowak przekonywał, że piłkarz ma „jakieś” kłopoty z aklimatyzacją. Tak, z pewnością: po przeprowadzce ze Szczecina do Gdańska… A no tak – w Gdańsku jednak mają dostęp do morza, zapomniałam przecież…

Co ZAWIODŁO najbardziej?

W drużynie Lechii Gdańsk w tym sezonie zawodziło praktycznie wszystko. Jednak musimy się na coś zdecydować i jasno, z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa stwierdzam, że najsłabszą stroną była formacja defensywna. Lechia w zakończonym sezonie straciła prawie najwięcej bramek w lidze (bardziej dziurawe nogi mieli tylko zawodnicy Bruk-Betu). Jak zatem mogli w ogóle marzyć w Gdańsku o powtórzeniu sukcesu z sezonu 16/17…? Ja też próbuje sobie odpowiedzieć na to pytanie. Z klubem pożegnali się Maloca oraz Janicki, którzy w poprzednim sezonie wykręcali bardzo dobre liczby. Na pokładzie z Wawrzyniakiem i Wojtkowiakiem zmierzającymi już pewnym, aczkolwiek powolnym krokiem, na emeryturę? Nalepa, Oliviera czy Nunes? No po tych Panach też w tym sezonie za wiele nie mogliśmy się spodziewać. Nie wspominając już o Vitorii, który przy zwrotności „Titanica” i koordynacji „biedronki” został powalony przez Trochima (który swoją drogą też baletnicą na boisku nie jest). Dokładając do tego zestawu słabszego niż zwykle Kuciaka, mamy zebranych zawodników, którzy z obroną w tym sezonie mieli tyle wspólnego, co Francja w 1940 roku. (bez urazy oczywiście dla Vichy – pamiętamy!)

Znajdujemy PLUSY!

Co byśmy złego na temat Lechii w tym sezonie nie napisali, to jednak trzeba im oddać jedną, bardzo ważną, rzecz. W ubiegłym sezonie mierzyli się, za sprawą ostatecznego układu tabeli, z Arką Gdynia trzykrotnie. Wynik tej rywalizacji 3:0 dla Lechii. Derby rzecz święta, więc ten mecz zawodnicy najpierw trenera Nowaka, następnie Stokowca zawsze traktowali na poważnie. Arka nabawiła się poważnego kompleksu Lechii, a zawodnicy z Gdańska umiejętnie potrafili to wykorzystać.

COŚ poszło nie tak!

Lechia w tym sezonie miała ewidentnie pod górkę. Jak już wiadomo było, że z klubem pożegna się Piotr Nowak, należało szybko znaleźć kogoś, kto ten zespół pociągnie w górę, odpowiednio zmotywuje, da im wiarę we własne umiejętności, sprawi, że ci piłkarze wyjdą na kolejne spotkania jakby mieli umierać za Lechię. Szukali, szukali…. znaleźli: trenera od przygotowania motorycznego. Poważnie? To był strzał jakieś 5 metrów od tarczy, który trafił prosto w kolano prezesa gdańskiego klubu. Adam Owen, któremu powierzono prowadzenie pierwszego zespołu, szybko udowodnił że nie ma kompletnie o tym zielonego pojęcia, a i przy okazji z przygotowaniem fizycznym też zaczęły być problemy. Ostatecznie spróbowano strzelić do tarczy jeszcze raz. Tym razem ustrzelono spokojnie prawie sam środek i do Gdańska sprowadzono Piotra Stokowca. Nowy szkoleniowiec Lechii już na początku podkreślał, że forma fizyczna zawodników to dla niego spore wyzwanie i że jest nad czym pracować. Jak to mówią: „cierp ciało, coś chciało”.

PODSUMOWANDO

Lechia w tym sezonie wypadła bladziej niż człowiek, który po 20. latach siedzenia w czterech ścianach wychodzi na dwór i opala się w cieniu. Niestety nikt w tym klubie nie postanowił czerpać pełnymi garściami z ubiegłorocznego sukcesu – czwartego miejsca w lidze. Wówczas Lechię od europejskich pucharów dzieliły … CZTERY stacje SKM – bo tyle jedzie się z się Gdańska do Gdyni. Zabrakło przemyślanych transferów, świeżości i pomysłu na to co dalej. Skończyło się to kompletnym blamażem i niestety walką do ostatniego momentu o utrzymanie. Na szczęście Lechia wytrzymała presję. Pytanie: jak żyć? Oby Piotr Stokowiec znalazł skuteczny sposób na odbudowę zespołu z Gdańska, bo na pewno piłkarze nie zasługują na walkę „o utrzymanie”, a już na pewno nie w takim stylu, jak w zakończonym sezonie.


Paulina Raszewska

@raszkawroc

Komentarze