Piłka nożna

Liverpool nie zawiódł, ale to Real jest mistrzem!

Paulina Raszewska @raszkawroc

Fot: Shaun Botterill, Getty Images

Tagi

Liga Mistrzów Finał Sezon 2017_18 Liverpool Real Madryt

Finał Ligi Mistrzów – czyli najważniejsze wydarzenie w sezonie dla każdego kibica piłki nożnej. Wczorajszy finał w Kijowie potwierdził dominacje Realu Madryt, który trzeci raz z rzędu sięgnął po to trofeum - wygrywając te rozgrywki cztery razy w przeciągu ostatnich pięciu lat. Kosmiczny wynik! Liverpool, który wraca do elitarnego grona finalistów nie powtórzył wielkiego sukcesu sprzed 13. lat. Real był piekielnie skuteczny, potrafił wykorzystać każde potknięcie rywala. Ale czy właśnie takiego finału wszyscy wczoraj oczekiwaliśmy, w którym były kontrowersyjne zagrania, faule, kontuzje i łzy? Ten finał przejdzie do historii szczególnie klubu z Liverpoolu.

Początek meczu w wykonaniu jednych i drugich był szalony jak zjazd z K2 w środku zimy na sankach, bez żadnych hamulców. Trudno było nadążyć za tempem jakie narzucili zawodnicy z Anglii. Podopieczni Jurgena Kloppa całkiem dobrze radzili sobie w ataku pozycyjnym i przez pierwsze 15 minut spotkania zdecydowanie przeważali na boisku. Co rusz wrzucać w pole karne zawodników z Madrytu próbował Robertson lub Arnold. Sporo wiatru pod bramką Navasa robił również Mane do spółki z Hendersonem i oczywiście Salahem. Real pierwszą „akcję” przeprowadził w 11. minucie – kiedy to Marcelo strzelał, zresztą bardzo niecelnie zza pola karnego. Liverpool kontrolował od pierwszych minut to spotkanie. „The Reds” przy każdej nadarzającej się okazji uderzali na bramkę Realu. Większość strzałów była skutecznie blokowana lub też lądowała w „koszyczku” Navasa. Zawodnicy Zidana ograniczali się jedynie do powstrzymywania przeciwników faulem lub wyprowadzania kontrataków. W poczynaniach „Królewskich” widać też było większą nerwowość niż zazwyczaj. Przecież oni już takie mecze grali nie raz, przy pełnych trybunach, pod presją, z wielkimi rywalami. Doskonale znają smak takich potyczek. Jednak wczoraj nogi zawodników z Madrytu drżały mocniej niż zazwyczaj, czego wyraz dał Carvajal, który w 18. minucie zagrał „cross’a” we własne pole karne – tylko nie wiadomo czy do własnego bramkarza, czy do Ramosa. Ani jeden ani drugi piłki nie przejął i skończyło się rzutem rożnym dla rywali. Chyba najgroźniejszą okazję zawodnicy z Liverpoolu przeprowadzili najpierw w 22. minucie, kiedy do świetnego podania za linię obrony ruszył Salah, ale niedokładnie zgrał do Mane, któremu zostałoby już tylko opanować piłkę i trafić w bramkę. Chwilę później Firmino dość nieporadnie zabrał się do przyjmowania piłki w polu karnym. Oddał strzał, ale na drodze stanął mu nikt inny jak Sergio Ramos. Uderzenie próbował jeszcze poprawić Arnold, ale całą sytuację wyjaśnił Navas, pewnie broniąc uderzenie Anglika. W tym czasie zawodnicy z Madrytu wyprowadzili jedną akcję – prawą stroną ruszył Ronaldo, wpadł w pole karne i potężnie huknął, jednak nad bramką. Wszystko co dobre w grze Realu zaczynało się na lewej stronie – od wyprowadzenia akcji przez Marcelo. Można było odnieść wrażenie, że gdyby Marcelo z jakiegoś powodu musiałby opuścić murawę Navas i Ramos zostali by sami jak dzieci we mgle. Poza świetnym wyprowadzeniem piłki, lewy obrońca „Królewskich” bardzo dobrze podłączał się do akcji ofensywnych i praktycznie zawsze stwarzał mniejsze bądź większe zagrożenie pod bramką Kariusa.

Nadeszła wreszcie 25. minuta spotkania. Środkiem pola przedzierał się Salah, który od początku tego meczu był pilnowany przez Sergio Ramosa. Hiszpan nie opuszczał Egipcjanina na krok, więc ten miał naprawdę trudne zadanie, aby wykreować jakąś akcję dla swojego zespołu. Salah ruszył wzdłuż pola karnego, a jego wierny cień Ramos najpierw objął go chwytem zapaśniczym, następnie czysto wybił piłkę, a na końcu pociągając rywala za sobą, powalił go z całą siłą na ziemie. Salah uderzył lewym barkiem z ogromną siłą o murawę, na tyle mocno, że chwilę później ze łzami w oczach musiał opuścić murawę.

Wszyscy znamy Sergio Ramosa i doskonale wiemy, że tylko on (z obecnych graczy na boisku) był w stanie zrobić coś takiego. To, że Ramos czysto wybił piłkę – ok! Ale to że po wybyciu postanowił pociągnąć za sobą rywala i walnąć nim o ziemie – nie ok! Zresztą, który to już raz Hiszpan w taki sposób kasuje swoich rywali. Nie bez powodu jest graczem, który ma najwięcej żółtych i czerwonych kartek w historii Ligi Mistrzów. Wystarczy sobie przypomnieć potyczki z Messim, Suarezem czy Griezmannem. Pamiętamy oplucie Aspasa czy starcie z Cuadrado w Lidze Mistrzów. Oczywiście, nie da się spamiętać wszystkich „przewinień” Ramosa, bo jest to po prostu niemożliwe. Składając to wszystko w jedną całość, trudno nazwać Ramosa inaczej niż po prostu zwykłym chamem…

Salah to kolejna ofiara Ramosa. Hiszpan mógł przecież spokojnie wybić piłkę, bez stosowania technik zapaśniczych. Nawet jak już chwycił Salaha za rękę i ściągał go w trakcie akcji w dół, to po udanej interwencji mógł po prostu odpuścić i „uwolnić” rękę Salaha. Jednak to by było NIE W STYLU Ramosa. Pewnie zaraz znajdzie się rzesza sympatyków Realu, którzy będą mówić: że walka „bark w bark”, że „nieszczęśliwy wypadek”, że „tu się gra w piłkę, a nie w szachy”. No właśnie w piłkę nożną! To co zastosował Ramos na swoim rywalu z piłką miało mało wspólnego. Jeżeli chcemy się z całą rzucać o ziemie, to zapraszam do zmiany dyscypliny sportowej np.: na „rugby”. Rzeczywistość jest taka, a nie inna. Ramos nie uprawia judo, tylko gra w piłkę nożną, a jego zadaniem nie jest połamanie przeciwnika, tylko takie zatrzymanie rywala, by nikomu nie stała się krzywda.

Sytuacja z wczorajszego meczu jest jednak o tyle straszniejsza od pozostałych, że piłkarz Liverpoolu odniósł naprawdę poważną kontuzję. Jak podawała agencja BBC, Salah może nie wyrobić się na mundial. Juergen Klopp po meczu mówił, że kontuzja jest „very serious”, ale inną wersję podaje egipska federacja. Ramos okradł więc Salaha ze wszystkich marzeń. I tych związanych z finałem LM, i tych, które dotyczyły rosyjskiej imprezy.

Żeby tego było mało to nie jedyne „wykroczenie” Ramosa w tym spotkaniu. W 49. minucie bez żadnego powodu, tak po prostu nabiegł i uderzył barkiem Kariusa. Dodajmy, że Ramos był nieatakowany, nikt go nie popychał, a Niemiec grzecznie stał w bramce i czekał na rozwój wypadków. Hiszpan jednak postanowił „przetestować” bramkarza rywali i wpadając w niego z impetem powalił go na murawę. Idźmy dalej. W 82. minucie Ramos zagrywał piłkę do własnego bramkarza. Widać było, że kapitan Królewskich czeka na Sadio Mane, który chciał mu odebrać piłkę. Senegalczyk wystawił nogę i chciał zablokować podanie do bramkarza, po drodze musnął Ramosa w lewą nogę na wysokości ochraniacza. Oczywiście Hiszpan PADŁ, niczym rażony piorunem na murawę i zwijał się z bólu, trzymając się na kostkę... Jak tylko sędzia wyciągnął żółty kartonik dla Mane, Ramos cudownie wyzdrowiał, uśmiechnął się, wstał i pobiegł dalej grać… Kuriozum!

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że kapitan Realu od wielu lat pozostaje właściwie bezkarny. Za swoją brutalność i przesadną agresję dostaje z reguły śmieszne kary, więc nic dziwnego, że notorycznie pozwala sobie w zasadzie na wszystko, w tym na niszczenie zdrowia tym, którzy chcą po prostu grać w piłkę.

To jeszcze nie koniec dramaturgii w tym meczu. Kilka minut później boisko ze łzami w oczach opuszczał Carvajal. Zawodnik Realu po jednej z akcji ofensywnych padł na murawę i zalał się łzami. Jasne było, że to coś poważnego i podopieczny Zidana zaraz opuści murawę. Za niego również trzymamy kciuki. Dani zna już ból tego rodzaju, bo dwa lata temu kontuzja z… finału LM pozbawiła go udziału w Euro 2016, a teraz dopiero niedawno wrócił do gry po uporaniu się z kłopotami zdrowotnymi.

Wróćmy do wydarzeń boiskowych. Pod koniec pierwszej połowy to Real zdecydowanie doszedł do głosu. Padła nawet bramka ze strony Królewskich, ale Ronaldo do spółki z Benzemą byli na spalonym. Po pierwszych 45. minutach mieliśmy porywający, szybki, nieoczekiwany spektakl – brakowało tylko fajerwerków w postaci bramek.

Drugie 45. minut to chyba najdziwniejsze czterdzieści pięć minut jakie w życiu widziałam. Wreszcie można było krzyknąć GOL!, i to nawet 4 razy, a okoliczności zdobywania tych bramek przez jednych i drugich przyprawiały o zawrót głowy lub wbijały głęboko w fotel. Worek z bramkami otworzył Benzema. Sposób w jaki zdobył bramkę w finale Ligi Mistrzów przypominał raczej popisy Janusza Jojko lub Seweryna Kiełpina. Loris Karius po prostu wyrzucił piłkę prosto w nogę napastnika Realu, a ta spokojnie wtoczyła się do bramki. Nieprawdopodobne, a jednak! Wtopa bramkarza „The Reds” będzie się za nim ciągnęła do końca kariery. Albo i dłużej. A Benzema strzelił chyba najłatwiejszego gola w historii finałów Ligi Mistrzów.

Liverpool potrafił na to kuriozalne trafienie Francuza szybko odpowiedzieć. Najskuteczniejszy zespół tej edycji Champions League musiał wreszcie coś ustrzelić. Za sprawą Sadio Manę, który wykończył zgranie Dejana Lovrena zrobiło się 1:1. Dodajmy, że Chorwat wygrał pojedynek główkowy z Sergio Ramosem (futbolowa karma istnieje), a Senegalczyk wbił piłkę do siatki.

Dalszy rozwój wypadków na boisku i wszystko co najpiękniejsze w tym finale zaczęło się od momentu pojawienie się Gareta Bale’a na boisku. Walijczyk wszedł na murawę w 61. minucie. Pomimo iż kontaktów z piłką miał dwa, góra trzy, to w zupełności wystarczyło, aby strzelić jedną z najpiękniejszych bramek w historii Ligi Mistrzów. Bo co może być piękniejsze niż strzał z przewrotki, w finale, na dodatek po trzech minutach spędzonych na boisku? Bale po raz kolejny pokazał, że jest graczem kompletnym, że do wielkiego geniuszu Ronaldo niewiele mu brakuje. I to był właśnie taki gol – jak dotknięcie „boskiej ręki”, jak „magiczne muśnięcie”, które zapamiętają wszyscy. Z drugiej strony Loris Karius jakoś szczególnie nie gimnastykował się, aby ten strzał obronić. Uderzenie było co prawda dość silne, ale nie jakoś super precyzyjne. Bramkarz „The Reds” nawet nie wyprostował rąk podczas „robinsonady”…

Realowi jednak było mało i wciąż parł do przodu. Próbował Isco, ale Karius jeszcze dał radę obronić ten strzał. Liverpool próbował, chciał doprowadzić do wyrównania, ale po takim ciosie, było go stać jedynie na słupek po strzale Mane. Real stwarzał sobie coraz groźniejsze sytuacje, jednak na posterunku byli albo Roberston albo Lovren, którzy w ostatniej chwili ratowali skórę Kariusowi.

Bale wyraźnie podbudowany swoimi poczynaniami, postanowił ponownie spróbować szczęścia. Tym razem jednak środki były mniej wyrafinowane, nie tak efektowne, ale jakże skuteczne. W 84. minucie Walijczyk zszedł do środka pola, znalazł sobie trochę miejsce i huknął na bramkę Kariusa z okolic 25. metra. To co stało się 2 sekundy później, to nawet trudno opisać słowami. „Wstyd, hańba, frajerstwo – nie wracaj do domu” – być może takie słowa zostały skierowane w stronę bramkarza Liverpoolu. Loris wypiąstkował piłkę… do własnej bramki. Trudno było sobie nie przypomnieć fenomenalnego zagrania Janusza Jojko – porównanie nasuwa się samo. Niemiec ewidentnie nie dorósł do tego finału. Czekaliśmy aż Klopp wyjedzie z wójcikowym „co on kurwa robi, gramy bez bramkarza, on w siatkówkę gra”.

Na koniec spotkania mieliśmy jeszcze jedną akcje w wykonaniu Królewskich. Tym razem wreszcie Ronaldo wpadł z piłką w pole karne, już prawie minął obrońcę… No i akcja została przerwana, bo na boisko wbiegł jeden z kibiców Liverpoolu. Portugalczyka wyraźnie rozwścieczyła ta sytuacja, bowiem i on chciał dołożyć swoją cegiełkę w tym finale. W całym spotkaniu był raczej niewidoczny, mocno wtopił się w tłum. Ten finał miał być pojedynkiem pomiędzy Ronaldo i Salahem. Tego drugiego na boisku nie było od 30. minuty, ten pierwszy z kolei sprawiał wrażenie jakby na mecz nie dojechał.

Po raz kolejny Real udowodnił, że potrafi poradzić sobie bez Ronaldo, że bez jego przebłysku geniuszu też może zdobywać trofea. Portugalczyk w tym spotkaniu zagrał przeciętnie, a w wywiadach pomeczowych, w których niby nie chciał niczego powiedzieć, a tak naprawdę powiedział prawie wszystko. Z jednej strony „to nie jest pożegnanie” i „przyszłość pojedynczego piłkarza nie jest ważna”, a z drugiej „w następnych dniach dam odpowiedź kibicom”, „w przyszłym tygodniu zobaczymy, co się wydarzy” i „pięknie było grać w Realu Madryt”. Jak nie wychodzi na boisku, to warto próbować po za nim – grunt, aby zwrócić na siebie uwagę.

Real Madryt jest po prostu niesamowity. Madrytczycy są cyniczni do bólu – we wczorajszym finale nie dominowali, nie potrafi wgnieść przeciwnika w murawę, mimo to wygrali. Czy ten mecz mógł potoczyć się w drugą stronę i to Liverpool mógłby wygrać 3:1? Oczywiście, przecież Mane miał słupek, a Navas w pierwszej połowie obronił potężny strzał Alexandra-Arnolda, do triumfu brakło Anglikom bramkarza.

Ten finał jest doskonałą puentą minionej właśnie edycji Ligi Mistrzów. Szalonej, zmiennej, z pięknymi historiami i spektakularnymi wpadkami. Wspaniały to był sezon - Liverpool nie zawiódł, ale to Real jest mistrzem.


Paulina Raszewska

@raszkawroc

Komentarze