Piłka nożna

Mały łysy wariat

Jan Gawlik @GawlikJan

Fot: gazeta.pl, gazeta.pl

Tagi

Barthez Francja Manchester United Olympique Marsylia Ligue 1

Był współautorem największych sukcesów reprezentacji Francji. Niewysoki jak na bramkarza (180 cm), był niezwykle skoczny, ale i trudny w okiełznaniu. Fabien Barthez może być najlepszym potwierdzeniem zdania, że każdy bramkarz ma nierówno pod kopułą.

Legenda głosi, że jak zaczynał karierę, to już wtedy był łysy. Barthez zaczynał karierę w Tuluzie. W premierowym sezonie wystąpił tylko pięć razy, ale zachował aż cztery czyste konta. To wystarczyło, by trafić do Olympique Marsylii. Już w pierwszym sezonie na Stade Velodrome zdobył Mistrzostwo Francji i wygrał Ligę Mistrzów. W 10 meczach Champions League aż siedem skończył na zero z tyłu. O miejsce w bramce OM rywalizował z innym małym wariatem, centymetr wyższym Pascalem Olmetą. To od niego zaczerpnął boiskowego luzu, który w przypadku bramkarzy raczej jest niewskazany. Jeżeli chciał okiwać napastników, robił to. Jeżeli chciał wyjść z bramki, robił to. Łamał stereotyp golkipera, zachowując przy tym klasę w bronieniu. W kolejnym sezonie marsylczycy stracili Mistrzostwo na rzecz PSG. Klub został jednak zdegradowany za korupcję. Barthez wytrzymał tylko rok na zapleczu Ligue 1, po czym odszedł do Monaco. W klubie z Księstwa spędził pięć lat. Zdobył w tym czasie dwa Mistrzostwa Francji (1997, 2000). Po kolejnym dobrym sezonie w barwach Monaco i przede wszystkim zdobyciu Mistrzostwa Europy z Francją postanowił spróbować sił za granicą. Za 11,7 mln euro trafił do mającego duże problemy z obsadą bramki po odejściu Petera Schmeichela Manchesteru United. Barthez z miejsca posadził Marka Bosnicha i Raymonda Van Der Gouwa na ławkę. W pierwszym sezonie rozegrał 30 spotkań, z czego połowę na zero z tyłu. Znacząco przyczynił się tym samym do zdobycia przez United tytułu mistrzowskiego. W Anglii zaprezentował cały wachlarz swoich aktorskich możliwości. Prowokował napastników, szczególnie w trakcie rzutów karnych. Zamiast ustawiać się na linii, jak Bóg przykazał, stawał oparty o słupek, za co często dostawał żółtą kartkę. Przynosiło to oczekiwany efekt, bo Francuz zwykle bronił te jedenastki. Potrafił również zagrać na niekorzyść swojej drużyny. Tak było chociaż w meczu ligowym z Arsenalem, kiedy wypuścił piłkę tak sprytnie, że powędrowała ona do Thierry'ego Henry'ego, a ten wykorzystał prezent. Barthezowi zdarzały się również takie błędy jak podczas meczu z Deportivo La Coruna w fazie grupowej Ligi Mistrzów w sezonie 2001/02, gdzie puścił trzy gole, przy każdym zachowując się w tragiczny sposób. Choć statystyki go broniły (w 49 meczach we wszystkich rozgrywkach 16 razy wychodził na czysto), to coraz bardziej swoim zachowaniem zaczynał irytować sir Alexa Fergusona. Nadal był podstawowym bramkarzem, ale zaczął tracić miejsce na rzecz Roya Carolla. Po zdobyciu drugiego Mistrzostwa Anglii wrócił do ojczyzny. Znów został golkiperem Olympique Marsylia. Najpierw trafił na Lazurowe Wybrzeże na zasadzie wypożyczenia, zaś potem stał się jej pełnoprawnym piłkarzem. Wygryzł ze składu innego charakternego golkipera, Verdana Runje i znów zajął miejsce między słupkami OM. Szczególnie dobrze prezentował się w Pucharze UEFA. Barthez wpuścił tylko dwa gole w dziewięciu meczach. W finale z Valencią dostał czerwoną kartkę, po którym podyktowano rzut karny dla Nietoperzy. Jego miejsce zajął Jeremy Gavanon, który przepuścił strzały Vicente i Misty. Marsylia przegrała puchar pocieszenia, a dla Bartheza zaczęły się kłopoty. Co prawda został wykupiony z United, ale został zawieszony. Za co? Marsylia rozgrywała sparing z Wydad Casablanca. Po otrzymaniu czerwonej kartki Barthez udaje się w stronę szatni. Po drodze wdaje się w pyskówkę i upluwa sędziego. Zostaje ukarany półrocznym zawieszeniem. Do gry wraca w połowie sierpnia. Utrzymuje wysoką formę i wygrywa z OM Puchar Intertoto. Wraca również do kadry. Ale nie wszyscy cieszą się z jego powrotu. Wskutek zawieszenia Bartheza przez większość eliminacji broni Gregory Coupet. Bramkarz Lyonu spisuje się dobrze, ale to Barthez, który wygryzł z bramki przyłapanego na paleniu marihuany Bernarda Lamę przez MŚ w 1998 jest pierwszym bramkarzem Les Blues w Niemczach. W drodze do finału w Berlinie Bartheza pokonują tylko Park Ji-Sung i David Villa. Na Olympiastadion nie zatrzymuje Włochów, którzy rewanżują się za porażkę w finale EURO 2000. Kończy karierę. Wraca jednak pod koniec roku. W grudniu zostaje bramkarzem FC Nantes. Kanarki walczyły o utrzymanie. Sprowadzeniem Bartheza ratowały się jak mogły. Łysy golkiper nie pomógł nantejczykom w pozostaniu w Ligue 1, a dołożył cegiełkę do spadku. Ośmiokrotni Mistrzowie Francji z hukiem spadli do Ligue 2, a Barthez zakończył karierę. Po zawieszeniu butów na kołku nie zrezygnował z adrenaliny. Został kierowcą wyścigowym. Został nawet Mistrzem Francji w 2013 roku, jako kierowca zespołu Sofrev ASP Ferrari. Był również prezydentem honorowym, a potem prezesem małego klubu Luzenac AP.

Fabien Barthez bez wątpienia był świetnym bramkarzem. Ale i prawdziwym oryginałem, charakternym człowiekiem. Robił to, co chciał, był wolny. Chciał palić, proszę bardzo. Zrobić rajd przez pół boiska? Żaden problem. Wysikać się na murawie? Na to się nie ma wpływu. Pobić kibiców, zagradzających przejazd dla jego samochodu i obrażających go. Wierzący w mit Francuza-tchórza po raz kolejny będziecie zawstydzeni. Wyjdzie i spuści srogi łomot. Rozbawić kogoś? A i owszem. Bramkarz, artysta, a przy tym człowiek ze stali. W dzisiejszym futbolu kogoś takiego bardzo brakuje.


Jan Gawlik

@GawlikJan

Na Sofie z roczną przerwą jestem od początku jej istnienia. Pisanie łączę z pracą dziennikarza Radia Centrum

Komentarze